środa, 27 stycznia 2010

Stacja Stadion

Postać wybiegła z tunelowego przejścia na peron - akurat w momencie, gdy automatycznie zamykane drzwi zdezelowanego EZT-a w biało-zielono-żółtych barwach puściły zwieracze i z entuzjazmem godnym Psa Huckleberry`ego zamknęły się.

Peron - niczym bohater popularnego kawału - cały na biało. Tablica rozkładów - trochę przybrudzona, ale nie rozbita - wskazywała, iż oczekiwanie na następny pociąg nie powinno trwać dłużej niż 5 minut.

Sponad zmarzniętych konarów drzew oraz pogarbionych baraków tajskich i wietnamskich handlarzy majtkami, na tle szarozimnego nieba wyłoniła się powoli, dyskretnie, cięciwa po cięciwie, pomarańczowa kula słońca. Poranne słońce jak to poranne słońce - nigdy nie świeci zbyt intensywnie, ale tym razem można było odnieść wrażenie, że to świecenie jest tylko pro forma, że tak naprawdę nie stoi za tym żadna wymierna treść, ani jeden dżul pożywnej słonecznej energii - tak jakby słońce dołączyło do grona ofiar zimy. Wzbiwszy się cokolwiek wyżej zatrzymało się tuż obok żurawi monumentalnie górujących nad przyszłym Stadionem, przybiło piątkę z nocną zmianą i zapaliło szluga z dzienną, która wyraźnie ociągała się z wejściem na teren budowy. Kilkanaście kłębów papierosowego dymu wzniosło się ku niebu, kilkanaście pomarańczowych punkcików żarzyło się niemrawo - jak tamto słońce.

Tymczasem zza horyzontu zakrętu torów wynurzył się następny pociąg. Mróz był tak silny, iż wydawało się, że skład w każdej sekundzie próbował przymarznąć do szyn - i tylko morderczy wysiłek poczciwych silników powoduje, iż maszyna trwa w ruchu, i centymetr po milimetrze - toczy się do celu. Koniec końców wtoczył się jednak na peron, przygarnął nielicznych pasażerów a potem potoczył się dalej, w stronę mostu, do którego jednak przymarzł, bo żal mu było opuszczać Pragę.

Gdzieś poniżej dwóch policjantów wypisywało zakapturzonej postaci mandat za przejście przez ulicę w niewłaściwym miejscu.

czwartek, 21 stycznia 2010

Co urosło rządowi?

Zapowiada się nam mały happening. Szkoda tylko, że w godzinach pracy.

środa, 20 stycznia 2010

Czarna gumka

Pękła mi czarna gumka. Taka, którą nosiłem na prawym nadgarstku od prawie dwóch lat. Była to ostatnia frotka, której używałem jeszcze za czasów długich włosów. Pękła - nic się jednak nie stało - świat dalej gna naprzód, tylko ja się czuję nieswojo gdy widzę taki goły lewy nadgarstek.

A poza tym - znowu mam pokój do wynajęcia. Dla dwóch osób, za 800zł, z balkonem. Na Bródnie posiedzę jeszcze do lata.

***

A jednak.
[`]

niedziela, 17 stycznia 2010

Zapasy

Obserwujemy - a trwa to od końca listopada - dość wyrównaną walkę na Wiśle. O Wisłę.

Codzienny przejazd tramwajem przez Most Gdański (nawiasem mówiąc - najlepszy most w Warszawie) daje okazję do około minutowych, regularnych obserwacji. Kry kwitną jak lilie - mniejsze, większe, ale to wszystko za mało aby Wisła zechciała się pokryć lodową kołdrą. Tworzą się najwyżej małe białe wyspy wokół wsporników mostu, tudzież zamarzają zatoczki na prawej stronie, na których od czasu do czasu bezceremonialnie kopulują czarne kaczki. To wszystko jednak za mało, aby się chwilę przespać.

Zeszłego stycznia zima była w o wiele lepszej formie. Na papierze to i teraz najważniejsze argumenty zdają się być po stronie rzeki - w końcu mrozy i głębokie, i regularne, ale... jakoś nie idzie. Tak to czasem jest.

***

Mam jakieś wyrzuty sumienia. Pewnie jakby się ktoś temu z boku przyglądał, to by stwierdził, że Prawą Stronę potraktowałem instrumentalnie. Jednosezonowy zachwyt, a potem już rutyna, "nie mam czasu" i inne takie. W swojej prostocie wcale tak nie uważam, ale coraz mocniej wyśmigane szyny i wskazówki zagarka faktycznie zawężają pole obserwacji i kontemplacji. Ale w tramwajach i na przystankach aż tak wiele ciekawego się nie dzieje. A ten zachwycający koloryt Pragi składa się z ludzi i kostek brukowych, tyle tylko że ludzi w tramwaju nie uświadczysz (ci, co jeżdżą, to najczęściej "dojeżdżający", względnie "pasażerowie"), a kostki spokojnie erodują pod lodem i śniegiem. Tak więc zima nie jest tu za ciekawa.

czwartek, 7 stycznia 2010

Gołębie

Stała i karmiła gołębie. Była odwrócona tyłem, ubrana w długi płaszcz z biało-szarego materiału oraz fioletową, długą czapkę – trochę taką, jak na dredy, ale niezupełnie. Nie miała rękawiczek. W jednej dłoni trzymała papierową torbę (taką, w jakie pakuje się „tradycyjny wiejski chleb” w hipermarketach), a drugą wydobywała stamtąd okruchy i rozrzucała je na śnieg. Nie było widać jej twarzy, ale miało się przeczucie, że jest ładna.

Przechodzący gdzieś o kilometr za jej plecami ludzie byli niewidzialni i niemi, nie istnieli, chociaż nieraz potrącali ją na brzegu zatłoczonego chodnika. Ona zaś ciągle karmiła gołębie gromadzące się pod przybranym w małą biało-czerwoną flagę i niesprzątnięty od listopada poczerniały znicz kamieniem upamiętniającym Powstańców bądź też Rozstrzelańców z czasów Wojny.

Z brzegu przystanku wyłoniła się czyjaś postać. Równie szara jak tej dziewczyny; wyróżniała się tylko czerwonymi sznurówkami, oraz tym, że ręce miała w kieszeni. Postacią tą był jakiś tutejszy chłopak, może już młodzieniec. Uważnie się jej przyglądał. Trwało to chwilę – jakąś tam, znaczącą tyle, co ćwiartka za szkołą. Podszedł.

A potem nagle zaczął padać ciepły, gęsty śnieg. A potem zapadł nagły, zimowy zmrok i nadjechał pociąg; wolno wtoczył się na przystanek i zupełnie ich wszystkich zasłonił – chłopaka, fioletową czapkę, tłum, gołębie. A potem ciuchcia uwolniła niespodziewanie wielki kłąb czarnego dymu, gwizdnęła i odjechała w otchłań Parku Bródnowskiego. Ostatni wagonik zniknął za miejscem zwanym Wyspą.

I nie było już nikogo - tylko dalej padał śnieg i była noc. Nawet gołębie zamajaczyły na szaro ponad drzewami, ponad opadającymi ciężko płatkami.

środa, 30 grudnia 2009

Przeżyjmy to jeszcze raz

Opublikowana na blogu Coldaim lista 20 najlepszych singli 2009 oraz liczne zestawienia najlepszych piłkarskich "11" mijającego roku unaocznił i mi potrzebę stworzenia jakiegoś podsumowania. Tylko jakiego? Zobaczymy co wyjdzie. Postanowiłem opis każdego miesiąca ozdobić cytatem z Dewey`ego Coxa.

STYCZEŃ
"-Dewey, we don't know this song.
-You just follow me."


Styczeń, podobnie zresztą jak cały 2009 rok zastał mnie w Toruniu pod pomnikiem Marszałka Piłsudskiego (ps. "Ziuk"). Padał śnieg i było bardzo ciepło.

Parę godzin później bawię się w NRD na imprezie ciągle sylwestrowej. W NRD, którego ponoć już nie ma.

Na miejsce Joli, z którą właśnie się rozstałem 4 stycznia wprowadza się do mnie Piotruś. Tymczasem brawurowa eskapada na stopa, aby tylko potrzymać ją za dłoń tuż przed operacją, kończy się całkowitym sukcesem. Zaczarowałem ją, była moja, a ja byłem bardzo szczęśliwy. Od tego czasu związek z Donatą kwitnie niczym las tropikalny na przeciwległej półkuli.

Kupuję sobie używanego empetrójka na Allegro. Psuje się, ale udaje się go naprawić.

Pracujemy w InterWiedzy.pl jako tak zwani mentorzy techniczni. W firmie nikt nie wie czym się zajmujemy, wliczając w to nas. Nawet prezes zapytał Zygfryda podczas fajka na korytarzu - "Tak się właśnie zastanawialiśmy, co wy właściwie tu robicie w tej firmie?". A my włączaliśmy komputery, potem je wyłączaliśmy i łaziliśmy na piwo. Proste.

Robię konferencję o marketingu miast na SGH, która się kończy sympatycznym skandalem z pijaniutkim słuchaczem w roli głównej.

Podczas nocnej libacji z Zygfrydem, przy akompaniamencie stuku kieliszków i miękko padającego za oknem śniegu, nagrywamy przebój "Śledzika się dzieli na 4 równe części".

LUTY
Bells will ring, Ting-a-ling-a-ling, ting-a-ling-a-ling, and you'll sing: vita bella"

Związek dalej kwitnie, a praca dalej jest, choć pojawiły się już pierwsze symptomy opóźnień w wypłatach. Wysyłamy sobie mailami i smsami mało znane piosenki, takie sobie dialogi prowadzimy wobec życia na dystans.

Dostaję zaproszenie na rozmowy z Bardzo Dużej Firmy.

Pierwszy raz oglądam "Walk Hard: The Dewey Cox Story". Do końca lutego oglądam go jeszcze 5 czy 6 razy i zaczynam posługiwać się tą odmianą polszczyzny, w której dominują frazy z tego filmu.


MARZEC
"You don`t wanna part of this shit!"

Jadąc do Donaty bierzemy na grilla zająca, uszkadzamy chłodnicę, i pozostałe 200km po nocy i w warunkach gołoledzi pokonujemy na ciągle zrywającym się holu. Przygoda, przygoda, hej!

Organizuję urodziny, na które laski w mini mają zapowiedzianego drinka gratis. Miał być żart, ale one naprawdę dały nam obejrzeć swoje nogi.

Donata ma szkolenie wyjazdowe, jedziemy razem zażyć turystyki. Po miło spędzonym weekendzie żegnamy się na pewnym śląskim dworcu na rozstaju dróg.

Zygfryd pisze smsa: "Dzwonił Myziak? Koniec InterWiedzy!:)". Na kolejnej libacji powstaje kawałek "Nasza firma się wali".


KWIECIEŃ
"What a fuckin` dark period in my life!"

Polska wygrywa z San Marino 10-0, a Donata pisze jakieś bzdurne maile, mające na celu wytłumaczenie co i dlaczego. Oczywiście wszystkie są bez sensu, ale to nie ma znaczenia. Jeszcze łażę na piwo, ale coraz bardziej mi się nie chce.

MAJ
"And by a man`s touch I mean a penis in my vagina."

Weekend majowy spędzam nie przed telewizorem delektując się zwycięstwem Barcy nad Realem 6-2, tylko na weselu, w towarzystwie Klaudii, mojej zaprzeszłej dziewczyny, jeszcze z czasów szczenięcych. Pamiętam, jak kiedyś bawiliśmy się w takt szlagieru "pod fartuszkiem dwa jabłuszka masz, jak poproszę to mi jedno dasz...". I rzeczywiście, dała.

Juwenalia. Idziemy z Matteo, przyczepiają się do nas jakieś laski i jeden śmieszny Melepeta. Zwiedzamy Targówek Mieszkaniowy, a w następnym tygodniu składamy niezapowiedzianą wizytę Andrzejowi z 406 na Żubrowej. Matteo twierdzi wówczas, że "laska, która ma 50g na każdy cycek nie będzie nam mówić, co mamy robić!".

Poznana na juwenaliach laska zaczyna regularną akcję ob spamowania mi skrzynki jakimiś cudacznymi piosenkami (choć przyznaję - mailjski blues mi się spodobał). Do tej pory mam na mailu jakieś 60 nieprzeczytanych wiadomości.

Tymczasem przeistaczam się z gołoty w prawdziwego szlachcica-posesjonata. Zostaję członkiem Związku Działkowców Polskich i dostaję w wieczyste użytkowanie fantastyczne 3,5 ara ze zdrowym domkiem i okazałym drzewostanem. Istny raj.

CZERWIEC
"I stay up all night and I smoke and I drink"

Ostatni egzamin opijam hucznie, choć do końca studiów daleko. Poznaję się na nowo z Amelią, która już kiedyś spodobała mi się bardzo bardzo. Łazimy, dużo gadamy, trochę gapimy się w gwiazdy i dyskutujemy na temat wyższości tyskiego gronie nad książęcym. Ale nie jakoś tak na poważnie, tylko trochę na niby.

Potem jedziemy w Bieszczady na zgrupowanie. Z alkoholem nikt jeszcze nie wygrał, fakt. Ale my zremisowaliśmy. Trzeźwiałem dwa dni.

LIPIEC
"You take the children but you leave me and my monkey!"

Przyjmuję na wakacje królika Joli. Jadę na południe na festiwal rockowy z przygodnie poznaną kobietą. Pracuję trochę na budowie, trochę w SatInstalNecie, trochę u siebie na działeczce.

Spędzam z rodzicami weekend nad morzem. To pierwszy taki przypadek od 19 lat. Po drodze piwo z Moniką, potem jeszcze nocne łapanie stopa bo coś pomyliłem w rozkładzie, a na drogę powrotną - pociągiem oczywiście - zgadałem się już z Amelią.

SIERPIEŃ
"Rehab? Rehab! Ok, rehab, rehab..."


Rozpoczynam abstynencję. Uczę się do poprawek.

Wyprowadza się Piotruś, wprowadza się Damian. Koresponduję sobie z Moniką, która pojechała do Meksyku.

WRZESIEŃ
"-Does Dewey seem unhappy to you? He`s changed! I tell you he`s changed!
-That was early Dewey, this is middle Dewey."


Na scenę mojego życia powraca niespodziewanie Jola.

Upierdalam poprawkę, powtarzam rok. Wyjeżdżam na miesięczne saksy do Hiszpanii, gdzie zostaję brutalnie wydupczony przez życie. Mam serdecznie dosyć wszystkiego. Nie wychodzę z domu, nie jeżdżę do rodziny, nie pracuję, nie piję.

PAŹDZIERNIK

"I thought you liked working at the slaughterhouse for my daddy."

Z październikiem wróciły zajęcia na Uniwerku. Wyjście do ludzi dobrze mi zrobiło, ciągle jednak nie mam pracy. Przestaję się golić.

Chwilę potem zima po raz pierwszy tego roku zaskoczyła drogowców, a ja spróbowałem sił na kablu jako telemarketer. Masakra. Wytrzymałem jakieś 2 godziny, wliczając ustawowe przerwy.

LISTOPAD

"-I will do it if I have total creative control.
-Dewey, you can't have any creative control.
-Ok."


Mam pracę.

GRUDZIEŃ
"Dewey Cox needs India right now. And I think India needs Dewey Cox as well."

Jadę na Ukrainę na mecz. Na Święta dostaję chujowy prezent - tym razem zamiast niepraktycznego swetra otrzymuję niepotrzebne rękawice. Zresztą pierwszy raz wydałem na podarki więcej, niż rodzina wydała na mnie. Najwyraźniej już nigdy nie otrzymam wymarzonego prezentu.



***

"-Dewey, you have got to give up your dream. Dreams don't come true!
-I am gonna make this dream come true. Nobody ever said it's gonna be easy. It's hard. It ain't easy to walk to the top of a mountain. It's a long, hard walk. It's a rocky road. But I plan on walking. Oh, I'm gonna walk. Hard. I will walk hard..."

niedziela, 27 grudnia 2009

Dobrze opita abstynencja

Świadek: Lidia (siostra)

-Wróciłam do domu około godziny 1 nad ranem. Nie było go w mieszkaniu. Hałas na klatce schodowej zbudził mnie po godzinie piątej. Myślałem, że nie da rady włożyć klucza do dziurki, stwierdziłam, że daję mu minutę i wtedy zdrapię się z łóżka i mu otworzę. Jednak nie było to konieczne, bo jakoś dał radę. Jak przyszedł, to jeszcze coś zjadł. Ścieląc łóżko nic nie mówił, zdawał się być bardzo skoncentrowany na tym co robił, jakby ścielenie łóżka było robotą wymagającą jednocześnie zegarmistrzowskiej precyzji, maksymalnej koncentracji oraz ogromnego wysiłku fizycznego. Z trudem trzymał pion. Nie odpowiedział na żadne pytanie. Milcząc udał się na zasłużony odpoczynek.

Świadek: Zygfryd (kolega 1)

- My wyszliśmy koło drugiej. Do tego czasu Emel kręcił się pomiędzy stolikami, gadając z różnymi kolegami, a także koleżankami niewiadomej proweniencji. Ciężko ustalić, co się z nim później stało. Pamiętam, że po pierwszej poszedł odprowadzić Aśkę i długo go nie było, ale potem zadzwonił (połączenie: godzina 1.27) i obiecał, że za 15 minut wróci. Tak też się stało. Pamiętam też, że w pewnym momencie powiedział, a właściwie wybełkotał "właśnie piję siódme". Możliwe, że potem poszedł do innego baru, ale tego na stówę nie wiem.


Świadek: Mirosławik (kolega 2):

- Było grubo. Ja piłem wódkę, Emel najpierw piwka, ale potem też pił z nami wódkę. Niestety też nie pamiętam dokładnie wszystkiego. Sądzę, że dzisiejsze karaoke będzie doskonałą okazją do rekonstrukcji zdarzeń, wtedy będziemy mogli powiedzieć coś więcej. Pamiętam za to, że pisaliśmy kilka razy smsy o tym, że jest gruba biba do naszego kompana Matteo, który tym razem został uwięziony przez żonę.

Świadek: Zyślo (kolega 3):

- Nie mam nic ciekawego do powiedzenia.

Świadek: Aśka (koleżanka):

- Nie byłam bardzo pijana. Emel odprowadził mnie do domu i mówił, że oczywiście wraca do baru. Po drodze śpiewaliśmy na głos różnorakie standardy Dżemu i Lady Panków. Nie mam jednak pojęcia, która wtedy mogła być godzina.

Ktoś chciałby uzupełnić zeznania?

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Świątyzm

Tak jakoś zeszło. Po trochu dlatego, iż zastrajkował mi w mieszkaniu kradziony internet, a w pracy to weny nigdy nie ma. Po trochu zaś nie było za bardzo o czym pisać, a jeszcze bardziej - nie miałem na to czasu (od biedy byłoby o czym napisać).

Tryb mojego życia ustabilizował się. Pierwsze budzenie 6.15, drugie budzenie 6.25, włączenie mikrofalówki 6.26, ubieranie do 6.28, konsumpcja płatków z podgrzanym mlekiem do 6.34, czesanie, mycie zębów i ewentualnie ścielenie łóżka do 6.37, następnie ubieranie butów płaszcza i arafatki, 6.39 - przekręcenie klucza w zamku i wyjście z mieszkania, 6.53 - dojście na przystanek, 6.54 - nadjeżdża mój tramwaj.

Potem praca i studia, potem powrót do domu - w zależności od dnia pomiędzy 19 a 22. Potem trzeba rozpakować plecak, przygotować sobie kolację, wstawić do kuchenki talerz mleka na jutro oraz ugotować obiad na następny dzień (najczęściej: gotowany ryż i pół słoiczka dżemu; czas przygotowania i pozmywania: 20min). Trzeba się też spakować: przygotowany obiad oraz butelkę wody mineralnej z lidla, zeszyt z notatkami do magisterki do poczytania w tramwaju (nigdy nie czytam w tramwaju), szczotka do włosów, zeszyty i notatki na zajęcia. Potem jeszcze prysznic (6-8 min.) i można odpalić muzykę i poogrywać ją na basie. Ostatnio reggae wypiera bluesa. Zauroczyła mnie Pozytywna Grupa Reggae, polecam.

Cały ten przedświąteczny zgiełk jest jakby poza mną. Zakupy, tandetne iluminacje i ciekawe jak bloki z PRL-u Last Christmas-y to przejawy świąteczności, a może nawet świątyzmu, na które czasem mogę się niechcący natknąć. Nie wiem, może jak już dotrę spóźniony na Wigilię, to patrząc na leżące na talerzu ości po przepysznym karpiu bezłuskim, poczuję Tę Atmosferę. Póki co jestem od tego zdystansowany, albo i daleki.

Zresztą Święta to chyba bardziej 26 grudnia i spotkanie z najbliższymi w knajpie, niźli 2 dni wcześniej przy świątecznym stole. A dodatkowo 26 grudnia - wiadomo - koniec abstynencji. To będzie jak ponowna strata dziewictwa, jeśli można mi użyć takiego porównania. Te ponad 4 miesiące to kurewsko dużo. Zastanawiałem się wczoraj, czy w ogóle pamiętam, jak smakuje piwo. Takie gazowane, przyjemne i odrobinę gorzkie, albo lekko słodkawe, albo trochę jedno i drugie? Hm.

czwartek, 26 listopada 2009

Sentyment

Po pięknie przepracowanym dniu wysiadłem z tramwaju pod Czterema Śpiącymi. Zanurzyłem się w opary smrodu, tanich pączków i skrzedawców skarpet. Dwóch z nich konwersowało na temat nowej ustawy hazardowej, a ten z sowitszym osadem nikotyny na wąsach rzekł:

- Zbychu będzie musiał to zamknąć i nie będzie już go tutaj. A takeśmy mogli sobie u niego posiedzieć na bandycie, ciepło tam miał i można było pić legalnie. Raz mnie naet fajką poczęstował.. A pamiętasz, jakżeś tu dwie stówy wygrał?
- Cztery dniśmy pily...
- I z akcyzy forsa szła? Szła! I Zbychu im płacił? Płacił! A teraz chuja będą mieli, bo Zbychu już jedną maszynę sprzedał na Białoruś. Dzisiaj Ruskie były i to zabierały. Jak go pakowali to upuścili i sie wysypała cała kasa, rozumisz, cała kase! I wtedy zobaczyłem - Jezusie Święty, ileśmy w to wpakowali!! Ileśmy wina mogli wypić... A on tak jakby nie chciał tam do Ruskich jechać.
- A bo co, to mu źle z nami było? Dobrze mu tu było, dobrze mu tu było z nami.


A potem jeszze zakupy w Kerfurze. Takie ze słuchawkami na uszach i na szybko. Płatki, ryż, pomidory, masło, delicje. Może by jeszcze czipsy jakieś oszamał... I nagle - sam nie wiedząc kiedy - znalazłem się w alejce pełnej piwa.

Przypomniało mi się, jak to niegdyś na takich zakupach przestawałem przed tą półką po 20 minut nie mogąc się zdecydować, czy wybrać czteropak Lecha w puszcze, czy zgarnąć Tyskie w butelce, czy nie skusić się na choćby jednego - droższego, ale wartego cwojej ceny - pszenicznego Faustusa... A teraz przeszedłem tylko, patrząc nie bez sentymentu, ale też bez jakichś większych emocji, wzdłuż owej ulicy. To było takie samo uczucie, jak przechodzenie pod oknem dziewczyny, z którą za gówniarskich czasów się całowałem za pomocą ust i rąk. Miłe wspomnienie, choć na końcu neuroprzekaźników ciężko już nawet odnaleźć smak jej błyszczyku czy zapach tanich perfum, ale tylko wspomnienie. Spoglądasz do góry, ale w tamtym oknie nie ma już fioletowych zasłon. Na sekundę pogrążasz się z zadumie, z której wytrąca cię sms od bieżącej ukochanej. Bieżesz głęboki oddech, zawracasz, skręcasz w prawo - zapomniałeś o serku homogenizowanym.

Właśnie minęło 100 dni odkąd ostatni raz miałem w ustach alkohol.

czwartek, 19 listopada 2009

Nierząd fachowców

Nie mogę się powstrzymać od krótkiego komentarza politycznego.

Oto słyszę, że w przypadku spełnienia się tuskowej ambicji zostania prezydentem, na czas do kolejnych wyborów parlamentarnych władzę w Polsce przejmie tzw. „rząd fachowców”. Słyszeliśmy to pojęcie nieraz. Mówiło się już o nim, gdy Miller odszedł dostrzegłszy Belkę we własnym rządzie i wynosząc tą Belkę do rangi premiera. Gazety pisały a telewizory paplały – „rząd fachowców”, „technokraci”. Do dnia dzisiejszego sporo już upłynęło posłów w Sejmie, a jedynym nad wyraz trwałym i powszechnie zapamiętanym efektem prac owego „rządu fachowców” jest, a jakże – podatek.

Mechanizm powstawania podatków jest prosty. Posłowie i muszą przecież brylować, więc wynajdują problemy „społeczne”, a potem… Hm, potem to nie wiadomo co się dzieje, bo faktycznych problemów jak nie było, tak nie ma. Widocznym efektem działań okazuje się tylko brylujący w telewizorze poseł, o obliczu jasnym i upoconym obywatelską dumą i drogimi alkoholami. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku prawi o fachowości i zdecydowaniu w działaniu. Tylko kilka dni później, w zatłoczonym tramwaju, otwierając gazetę czytasz, że ktoś – o zgrozo! – śmiał podnieść podatki. Tak więc sobie myślę, że ja wcale żadnego „rządu fachowców” nie chcę. Tym bardziej, że na jego czele stanąć by miał albo księgowy Rostowski, albo ubek Boni. W medialnej nomenklaturze - typowi fachowcy.

A swoją drogą, jako człek prosty, acz rozmiłowany w elementarnej logice – jednego nie pojmuję. Jakimże to cudem któryś z ministrów obecnego rządu miałby utworzyć „rząd fachowców”? Wszak pełnią czołowe funkcje w obecnym rządzie, którego nikt przecież o fachowość nie posądza.

wtorek, 17 listopada 2009

Propozycje nie-do-odrzucenia, część 1.

Wklejam tylko maila, którego dostałem na początku lipca. Jak można było w wakacje zaobserwować - propozycję odrzuciłem, bo miałem wojnę z Poprawkami.



Członkowie Konsorcjum ________ przedstawiają kolejny odcinek wysysania SS-owego narybku na potrzeby szeroko-pojętego rozwoju Afryki (a dokładnie Południowego Sudanu).

Potrzebujemy aktualnie chwilowo kogoś kto stworzy drużynę piłkarską - projekt pod hasłem "od trampków do finału ligi mistrzów".

Przyda się ktoś, kto po pierwsze się interesuje piłą, po drugie zna ogólne zasady, jakieś formalności, może troche przepisów, a jak nie zna - to może chce poznać? Musi znać angielski i mieć prawko. Musi mieć też chęć.

Drużyna musi powstać (od ZERA!) i śmigać w pełnym tempie w ciągu 3 miesięcy, więc nic innego jak fajny pomysł na wakacje.

dodam, że ktoś taki potrzebny od wczoraj :-) może pakować swoje korki i jechać na lotnisko od razu.

Pokrywamy koszt przelotu, wyzywienia, zakwaterowania, szczepien, ubezpieczenie, kieszonkowe i wszystkie materiały niezbedne do zrealizowania projektu, jak również wsparcie ekspertów (czyli nas).

A - jak dla mnie to świetny wpis do CV dla kogoś, kto chciałby się zajmować zarządzaniem w sporcie.

na wszystkie pytania odpowiem na PRIVIE.


Dodam jeszcze, że znam osobę, która mi to zaproponowała. Innymi słowy - nie były to żadne jaja.

piątek, 13 listopada 2009

Dzień Niepodległości

Znowu - podobnie jak w Święto Zmarłych - dzień wolny stał się wyzutym z treści dniem biby. W knajpach na Inżynierskiej nie można było wetknąć komarzej pyty. Udało się za to wbić do Po Drugiej Stronie Lustra na Ząbkowskiej, gdzie opanowaliśmy 4-osobowy stolik w 2x tyle ludziów. Wielka była moja chęć na browar, wielka. A takich tłumów na mieście jak 10 listopada jeszcze w Warszawie nie widziałem.

Solennie obiecałem, to piszę. Jest chyba dobrze, bo mam pracę i nie wyrzucili mnie z żadnych studiów. Dodatkowo wysępiłem naklejkę na legitymację cwanym sposobem, mianowicie wchodząc do Dziekanatu minutę przed końcem pracy tegoż, kiedy nikomu już nie chciało się sprawdzać moich papierów i na tzw. odpierdol-się dali mi upragnioną naklejkę. Do końca marca mam zniżkę. A co to za praca i z jakich propozycji zrezygnowałem, napiszę innym razem.

Co poza tym?

Na Bródnie jesień nieśmiało siłuje się z zimą. Nocami - kiedy mgły, oraz porankami - kiedy przymrozki - górą zdaje się być ta druga. Popołudnia i wieczory należą jednak do jesieni. Zresztą - czy to ważne, czy wypierdoliłeś się na oszronioym brzegu kałuży czy na gnijącym liściu?

niedziela, 1 listopada 2009

Święto Zmarłych

Warszawę opanowała przygnębiająca moda na Halloween. W ten sobotni wieczór wystarczyło wejść do dowolnego tramwaju, żeby napotkać młodych ludzi z dziwnie pomalowanymi oczami. „23” na Konopackiej, „9” na Gocławku, „13” pod Czterema Śpiącymi z kałaszami (oni akurat idealnie wpasowują się w klimat takoż Halloween, jak i Święta Zmarłych. Ciekawe, kto co roku zapala im znicze i przynosi kwiaty…?) – wszędzie młodzież pełna imprezowego uśmiechu, diabelskich przebrań, świeczek, dyń i siatek z wódką i zapojką. Najwyraźniej wszyscy uznali, że Święto Zmarłych jest zaściankowe i ciemnogrodzkie, a poza tym kojarzy się z „Dziadami” Mickiewicza. A więc – dziadki na „Dziady”, smęty na smentarze, a my młodzi do tramwajów i – sru, na imprezę. Popić, potańczyć, poczilować się, potem jeszcze wszamać kebaba, wcisnąć się do nocnego, zmyć obleśny makijaż i spać.

Nocny się rozpędził, i na Rondzie Żaba – zamiast w objazd na Św. Wincentego – ominął zgrabnie barierki wjechał tradycyjnie w Odrowąża. Gdzieś w okolicach Staniewickiej brodaty kierowca zdał sobie sprawę, że dalej się nie przebije, bo wszystko poblokowane. Sprzedawcy zniczy i chryzantem opanowali wszystkie chodniki, pobocza, całą jezdnię w stronę Wysockiego a nawet pas zieleni. Zatrzymał ikarusa-przegubowca i odwrócił się w stronę pasażerów bezradnie rozkładając ręce:

-Ktoś mi powie jak ja mam tutaj jechać? Wszystko zablokowane, ja tu pierwszy raz jadę bo tamten autobus się zepsuł i ja tutaj na zastępstwo. Szlag by to… Ja tu nigdy nie byłem, a tu jest cmentarz i zmiana ruchu. Ale nic mi nie powiedzieli…

Rzeczywiście, wyglądał jakby go ktoś ze snu wyrwał i rzucił obdarty ze skóropodobnego tworzywa fotel kierowcy i wypchnął na nieznaną trasę, nim ten zdążył zdrapać śpiochy z powiek. Przetłuszczona broda przdawała mu imidżu kierowcy praskiego autobusu nocnego.

-Pan się nie martwi, pan jedzie w Staniewicką, w lewo. Ja pokażę, poprowadzę. – pocieszyłem, bo stałem najbliżej - Ominiemy to.

Dojechaliśmy do tajemniczej stacji KOPAL na rogu Staniewickiej i Pożarowej (znacie jakąś inną stację benzynową, na której nie ma ŻADNEGO alkoholu??) i wróciliśmy do Odrowąża.

-Dalej nie pomogę, bo nie wiem jaka ma być trasa. Szerokości życzę. – pożegnałem się z kierowcą.
-A teraz musi pan w prawo, wrócić do Żaby i w Wincentego pojechać. Tam jest objazd, ja w Internecie dzisiaj sprawdzałam. – dodała stojąco blisko blondynka. – Ja tam mam przystanek i ja wiem.

Brudny kierunkowskaz mrugnął niezgrabnie i „N14”-stka odjechała.

A ja poszedłem pokręcić się pośród czatujących sprzedawców zniczy i chryzantem. Porozkładali się już w nocy, pilnując miejsc na 1-listopadowy utarg. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że w wigilię Święta Zmarłych okolice cmentarzy przeistaczają się w miejsca magiczne, pełne kwiatów i lampionów.

Wzdłuż całej ściany Cmentarza Bródnowskiego od ul. Odrowąża, a także od Budowlanej stały porozkładane – pomimo trzeciej nad ranem – stragany. Niektórzy czuwali przysypiając w starodawnych polonezach, inni słuchali radia i grzali się przy rozpalonych zniczach, jeszcze inni – kryli się w porozkładanych namiotach wojskowych. Cały ten kordon jednak żył. Ktoś się budził w polonezie i podnosił nieznacznie brew, gdy wchodziłem w jego rewir. Ktoś niby przypadkiem wysiadał i szukał czegoś w bagażniku, ktoś pił kawę. Na rogu Wysockiego i Budowlanej czterech panów od chryzantem i kwiatów doniczkowych – najwyraźniej znudzonych oczekiwaniem na handel i przeniknięci zimnem – sprawnie rozprawiali się z wódeczką z gwinta. Wokół panował nastrój wczesnokapitalistycznego, swojskiego i siermiężnego bazaru z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Walka o miejsce, pilnowanie straganu, termosy, kawa, wódeczka, polonezy i duże fiaty(!), tanie kurtki puchowe i niezłomny duch „brania rzeczy w swoje ręce”. A to wszystko na tle ceglastego muru Cmentarza Bródnowskiego, ciepła rozpalonych zniczy i morza żółtych i purpurowych kwiatów.

Z zasłyszanych rozmów wyłowiłem, że ten rok powinien być lepszy, bo więcej ludzi umierało, rzekomo z powodu kryzysu.

piątek, 30 października 2009

Trójkąt

Wszyscy pojechali na groby. Sam zostałem.

Choć planowałem to od dawna, to – jak to często się zdarza – wszystko wyszło spontanicznie. A więc – ja sam i one dwie. Pierwsza – znam ją od bardzo dawna. Wiele razem przeszliśmy – byliśmy razem na niedobre i dobre. Drobna i czasem niepozorna, ale ciągle zachwyca – zresztą teraz nawet bardziej. Bezsprzecznie ma w sobie to coś, te kształty, ten czar, ta kokieteria... Jest dla mnie jak Wadowice dla JP2– od Niej wszystko co poważne w moim życiu się zaczęło. Rok temu się rozstaliśmy – myślałem, że na zawsze – ale niedawno odnowiliśmy znajomość.

I druga – to raczej przygodna znajomość, ale… kto wie. To etap fascynacji. Jest wyższa i smuklejsza. W ogóle jest inna – pod każdym względem. Bardziej dostojna, subtelna i mniej gadatliwa. Czasem cudownie się zamyśla i milczy, by po chwili odezwać się jednym – ciepłym i aksamitnym, ale jednocześnie mocnym – słowem. Zna swoją wartość i wie, że nie musi niczego nikomu udowadniać. Często samą swoją obecnością dziko krzyczy "weź mnie", choć w rzeczywistości milczy. Jeszcze nigdy się nie oparłem.

Nie miały nic przeciwko sobie, nie okazywały sobie zazdrości, przeciwnie – przepięknie się dopełniały, jedna zawsze wiedziała, czego chce ta druga.. W tle leciały wspaniałe, znane i nieznane bluesy, a ja zapamiętale oddawałem się instynktom i emocjom. Dotykałem je obie, na zmianę brałem je w ramiona i zsuwałem po ich iskrzących szyjach – w górę i w dół. Dłonie aż parzyły od łapczywych doznań, brakowało powietrza i rąk. Trwało to całą noc – zmieniały się tylko konstelacje i pozycje, tła i odgłosy oraz minuty na zegarze. Na stojąco, na siedząco, na łóżku, na krześle, na podłodze, przy filmikach z Internetu i bez, na ostro i i z uczuciem, głośno i cicho, all night long. To nie były osobne numerki, one wszystkie zlały się w jedną całość. Niezmiennie zaś wszystko topiło się w ciepłym, pomarańczowym półcieniu solnej lampy i luster. W tle nie mogli usnąć i frustrowali się sąsiedzi.

Co za wieczór, co za noc. Ja jeden i one dwie. Gitara klasyczna i gitara basowa.

niedziela, 25 października 2009

Polska Walka Tysiąclecia

To była Polska Walka Tysiąclecia. Podczas Wielkiej Gali Boksu skrzyżowali rękawice dwaj bezsprzecznie najbardziej znani i doświadczeni pięściarze z kraju pomiędzy Wisłą a Bugiem. Walka zgromadziła przed telewizorami rekordową i wyjątkowo pewną siebie widownię, jako że już przed pierwszym gongiem oczywistym było, że tym razem wygra… Polak.

Ileż było przed pojedynkiem pytań i górnolotnych proroctw, ileż typów i rzeczowych analiz, ileż wypowiedzi celebrytów. O szansach obydwóch fighterów wypowiedzieli się m. in. Grzegorz Schetyna, Krzysztof Cugowski, Daniel Olbrychski, Dariusz Michalczewski, a nawet sama Doda. Jedni niezdarnie silili się śmieszną puentę, drudzy zauważali, trzeci wskazywali, czwarci pragnęli zaakcentować, a jeszcze inni – powołując się na wyjątkowość sytuacji i zażyłą przyjaźń z obydwoma bokserami – wzbraniali się przed wytypowaniem zwycięzcy.

O Andrzeju Gołocie napisano już wszystko. Przeanalizowano wszystkie jego porażki od tych prehistorycznych z Bowe`m po te bardziej współczesne i błyskawiczne zarazem. Zastrzeżono nawet w kontrakcie, że tym razem nie dostanie żadnego zastrzyku tuż przed walką. Jego szans upatrywano przede wszystkim w warunkach fizycznych oraz otrzaskaniu w wadze ciężkiej. Poza tym wskazywano powszechnie na fakt, iż był znacznie młodszy od przeciwnika. Ten z kolei – choć zdecydowanie bardziej utytułowany, to jednak o jakieś 15 kg lżejszy. No i starszy.

Po trzech rundach było już po wszystkim. Oto ciągle uwielbiany Gołota dał się po amatorsku obić debiutującemu w królewskiej kategorii przeciwnikowi. Kupę kasy zarobili ci, którzy trafnie przewidzieli, iż tym razem mieszkający w Chicago bokser nie wyląduje na deskach w ciągu pierwszych 15 sekund. Dotrwał do 37 sekundy, ale – policzony do 8 – wstał i walczył dalej. W drugiej rundzie odnowiła mu się kontuzja łokcia sprzed 20 lat a w trzeciej – po ciekawej kombinacji ciosów przeciwnika – sędzia postanowił przerwać pojedynek.

Porażka wiecznego loosera z Włocławka jest, mimo wszystko, sensacją. Boks to dyscyplina, w której zdarzały się sytuacje, że z powodu nad- lub niedowagi rzędu 0,5 kg nie dochodziła do skutku zakontraktowana już walka. Tymczasem Kulej właśnie debiutował w wadze ciężkiej, był o głowę niższy i okrągłe 15 kg lżejszy, a mimo to okrutnie obił Gołotę. No, może przesadzam z tym „okrutnie”, bo pomimo iż walka zakończyła się mocno przed czasem, to jednak retransmisji w „Teleekspresie” tym razem nie będzie.

Po walce Gołota przez 48 godzin nie opuszczał szatni. Potem, pomiędzy tylnym wyjściem z hotelu a drzwiami czarnej limuzyny rzucił tylko „nie wiem co się stało” oraz „nie wiem czy będę jeszcze boksował, muszę to przemyśleć”. Z kolei dziennikarze już spekulują, iż Don King – pomimo porażki – zamierza dać mu dziewiątą szansę walki o tytuł.

Tymczasem zwycięski Jerzy Kulej z satysfakcją udzielał kolejnych wywiadów. Stwierdził, iż nie był zaskoczony, że Gołota nie padł na deski w ciągu pierwszych 15 sekund, bo „to ciągle uznana firma w boksie”, że powrót do ringu po 40 latach wywołał u niego dreszczyk adrenalinki na plecach oraz że oczekuje, iż w ciągu roku dostanie szansę walki o tytuł z którymś z braci Kliczków. Ponadto zapewnił polskich telewidzów, iż ta walka – podobnie zresztą jak start w wyborach z listy Samoobrony - wcale go nie zmieniła i zamierza pozostać skromnym komentatorem polskich gali bokserskich.

piątek, 23 października 2009

"Śmiejcie się z tego, co was otacza..."

Był warszawiakiem, to pewne. Nie wiem, czy mieszkał na Pradze, wiem natomiast, że Jego cyniczno-rozsądne podejście do smutnej rzeczywistości politycznej przyozdabionej kilka razy do roku biało-czerwonymi flagami i dumnej martyrologią pełne było celnego dowcipu i odpowiedniego dystansu - cech tak charakterystycznych dla mieszkańców Warszawy Prawobrzeżnej. Odszedł wspaniały felietonista, Mistrz Pogodnego Cynizmu i Vice-Mistrz Ciętej Riposty. Oto Jego historia, spisana i opublikowana rok temu przez Niego samego - ś.p. red. Macieja Rybińskiego. Trzymaj fason w Niebie, Mistrzu!


Moja prawdziwa historia

To mój najuczciwszy życiorys, zawierający najważniejsze informacje. Można by jeszcze dodać, że niektórzy mi z tego powodu współczują, a inni współczują sobie. Zwykły los i na tym mógłbym poprzestać, gdyby nie świadomość, że czasy są takie, iż życiorysy należy koniecznie podawać w kontekście historycznym. Na tle epoki, z uwzględnieniem tak zwanych uwarunkowań.

Urodziłem się 1 marca 1945 roku w Warszawie. Mojemu przyjściu na świat towarzyszyły trzy wydarzenia - ostatni nalot Luftwaffe na stolicę, pierwsza wiosenna burza z piorunami oraz wysadzanie przez saperów zatoru lodowego, spiętrzonego na szczątkach mostu Poniatowskiego. To tłumaczy moje dalsze perypetie życiowe, a jak twierdzi żona, także charakter. Natomiast charakter narodowy wszystkich Polaków jest powodem, dla którego ojciec chrzestny podał fałszywą datę urodzenia i w metryce mam 5 zamiast 1.

Jedna data czy druga, nie zmienia faktu, że urodzenie, historycznie rzecz biorąc, zawdzięczam wyzwolicielskiej Armii Czerwonej oraz ogłoszonemu parę miesięcy wcześniej Manifestowi Lubelskiemu. Gdyby nie manifest, przyznający ziemię chłopom, a fabryki robotnikom, wahałbym się, czy przychodzić na świat tak niedoskonale urządzony. Pierwsze miesiące życia spędziłem w nieświadomości o troskliwej opiece, jaką roztoczył nade mną, przyszłością narodu, rząd PKWN z Osóbką-Morawskim na czele. Jak powiedział pewien sowiecki oficer rodzicom - u nas ojciec jeden - Stalin, a u was dwóch - Asubka i Morawskij.

Potem pieczę nade mną, stawiającym pierwsze kroki, przejęły połączone w Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą siły postępu, z Bolesławem Bierutem na czele. Tę czułą opiekę wspominam do dziś ze łzami. Nigdy nie zapomnę wzruszenia, jakie mnie ogarnęło na widok towarzysza Bieruta wśród kwiatów, głaszczącego po główkach dzieci w marynarskich ubrankach na wielkim zdjęciu w DDT (wcześniej i dziś bracia Jabłkowscy). Jak ja zazdrościłem tym głaskanym. Do dziś mam kupionego wtedy zezowatego misia, wyprodukowanego dzięki dalekowzrocznym ustaleniom Planu 6-letniego. Nie zapominam także, że zwycięskiemu referendum "3 razy tak" zawdzięczam, że nie wzrastałem w cieniu senatu i że mogłem, dzięki granicy na Odrze i Nysie, pojechać na kolonie do Międzyzdrojów.

Partii zawdzięczam pójście do szkoły podstawowej. Ze zgrozą myślę o tym, że mogłem się urodzić w którymś z krajów szalejącego wyzysku i zamiast do szkoły, skierowano by mnie do pasania gęsi. A ponieważ nie mam słuchu, nie mógłbym pocieszać się fujarką.

Szkołę średnią i studia - zwłaszcza społeczno-polityczne w marcu 1968 - zawdzięczam Gomułce. Pierwsze sukcesy zawodowe w studenckim tygodniku "ITD" zawdzięczam Gierkowi i jego ekipie, ze szczególnym uwzględnieniem urzędu cenzury. Moje małżeństwo, które szczęśliwie przetrwało do dziś, to oczywisty rezultat polityki wsparcia, udzielanego przez partię młodym małżeństwom.

Sam nie rozumiem, jak doznawszy tylu dobrodziejstw, mogłem wdać się w konszachty z wrogami ustroju i dążyć do obalenia go siłą. Przypuszczam, że winę ponoszą fałszywe lektury z dzieciństwa. Kiedy moi rówieśnicy czytali "Jak hartowała się stal" i słuchali pogadanek o Dzierżyńskim w czerwonym harcerstwie, ja w domowej biblioteczce burżuazyjnych przodków czytałem "Pisma wszystkie" Piłsudskiego i przedwojenne "Wiadomości Literackie". To musiało mi zaszkodzić i rozumiem teraz wzburzenie elit niektórymi dziś wydawanymi publikacjami, szkodliwymi dla młodzieży.

Mimo to dobra władza traktowała mnie życzliwie. 13 grudnia 1981 roku generał Jaruzelski zadbał, żebym został osobiście poinformowany o stanie wojennym, przysyłając mi do domu 2 cywilnych i jednego mundurowego. Tak robią ludzie honoru.

Parę miesięcy później, uświadomiwszy sobie, że wszystko zawdzięczam partii i nie chcąc jej zawdzięczać jeszcze zejścia śmiertelnego, wyjechałem na emigrację. Ludzie, to był koszmar. Trafiłem do Niemiec i Wielkiej Brytanii, a tam żaden rząd, żadna partia się mną nie interesowała. Mieli mnie w nosie. Królowa ani razu nie zapytała, jak się czuję. Kanclerz Kohl nie złożył nigdy deklaracji, że zadba o moje szczęście. W atmosferze obojętności wytrzymałem lat 16. Wróciłem do Polski za Buzka i zaraz poczułem się lepiej. Czy to Buzek, czy Miller (czy to horror, czy thriller), Kaczyński czy Tusk, wszyscy nic innego nie robią, tylko zamartwiają się, jak poprawić mi byt. Nie odczuwam już deficytu miłości władzy i jeśli nie sięgam po tę wyciągniętą ku mnie rękę, obiecującą, że mnie poprowadzi ku drugiej Irlandii, to tylko dlatego, że się oduczyłem na Zachodzie. Pewnie się już nie przyuczę. Jestem stracony dla ekip rządzących. Jestem niewdzięczny.

Takie to było moje życie. Sukcesy miałem mizerne - małżeństwo z Krysią, córka Ola, scenariusz serialu "Alternatywy 4", kilka książek, nagroda Kisiela. Nie wiem, dlaczego uznano mnie za dżentelmena, i do tego wpływowego. Przecież tak naprawdę nikt nie ma na mnie wpływu.




Więcej felietonów Mistrza znajdziecie tutaj.

środa, 21 października 2009

Chiński kebab czyli just day off

Nie chciało mi się, kurwa, nie chciało. Jak tylko zwlekłem się z łóżka to już wiedziałem, że mi się nie chce. Pojechałem tam jednak i przemęczyłem się dwie godziny, smarkając i kichając na prawo i lewo.
-Nie jesteś aż tak bardzo chory, wszystkim jest zresztą źle w taką pogodę, bo za oknem jak widzisz chujnia, więc wszyscy mają alergię i przeziębienie. Poza tym wwykorzystałeś wszystkie przerwy przez dwie godziny, to teraz trzeba trochę popracować, co nie? No, posiedź jeszcze trochę, ze dwie godzinki chociaż.

Ubrałem swetr, płaszcz i trzasnąłem drzwiami.

Przesiadka na Rondzie Starzyńskiego w takie zasmarkane południe nie dostarczyła ciekawych obserwacji. Nie można było zasłyszeć choćby jednej filozoficznej mądrości lokalnego pijaczka sączącego od rana królewskie, nikt też nie zbierał niedopałków ani nie wygrzebywał puszek po piwie ze śmietników. Nawet obskurna, różowa budka z chińskim kebabem (!!!), w której byłem niegdyś świadkiem straszliwej awantury o 10 groszy, była pusta.

A to bardzo dziwne. Wszak mają tam najlepszego chińskiego kebaba na Pradze oraz - co ważniejsze - taki staromodny i nieekologiczny, ale za to kurewsko mocny grzejnik elektryczny na parapecie. Stanąłem obok niego czekając na mojego kebaba ("cieńcie ciaścio konieć, guba mocie bić?"), wyciągnąłem z kieszeni zmarznięte ręce i zbliżyłem je do grzejnika. Poczułem się jak mały, stary, brzydki i bezradny żul.

A po chwili jadłem już kebaba ze ścinków wędlin wszelakich, a w tle właśnie odjeżdżała komuś jedynka, pojechałem więc następną. Po drodze odwołałem jeszcze umówione spotkanie i podjąłem decyzję o nieuczestnictwie w popołudniowych zajęciach na Uniwerku, po czym zdjąłem buty i swetr i natychmiast wskoczyłem na wyjątkowo niepościelone łóżko.

Mam dziś wolne i nie ma mnie dla świata. Just day off.

piątek, 16 października 2009

Herbata i naleśniki

Wróciłem - dość zmęczony. Najpierw szkolenie z kłamania, potem zajęcia na Uniwerku. Seminarium odpuściłem, bo było zimno i nie wyobrażałem sobie, żebym mógł jeszcze gdziekolwiek wyjść.

Postanowiłem zorganizować sobie herbatę. Wtedy skonstatowałem, że nowonabyty czajnik ostatecznie się zepsuł. Co, głupi, kitajski kawałek plastiku ma być mądrzejszy ode mnie? Nigdy! Wyzwanie pochłonęło bite dwie godziny (nie zdążyłem wszamać choćby kanapki - po całym dniu niejedzenia!), z metr taśmy izolacyjnej oraz trochę plastikowych i drewnianych śmieci, ale czajnik działa. Herbata jest.

Do herbaty wymyśliłem sobie naleśniki. Taki obrazek stanął mi przed oczami: za oknem plucha i mróz, a ja w ciepłej i jasnooświetlonej kuchni pałaszuję naleśniki i popijam herbatą. Cóż bowiem może być cieplejszego niż gorąca herbata z cytryną i naleśniki z dżemem jabłkowym i cynamonem spożyte w relaksującym towarzystwie poczciwej samotnościna tle szalejącego za oknem mrozu?

Wyczyściłem konto, zostało mi w kieszeni 700 - ale groszy. Jutro wyruszam na Wschód. Podczas gdy inni będą leczyć popiątkowego kaca, ja będę stał przy krajowej 17, będzie wiał przeszywający wiatr, a samochody, jeden za drugim, będą mnie beznamiętnie mijać. Ale to dopiero jutro. Dziś są naleśniki z dżemem jabłkowym i cynamonem, gorąca herbata z cytryną i pomarańczowy półmrok lampy solnej w pokoju pełnym bluesa i poezji śpiewanej.



***

Królik Tehacjusz został wywieziony za Wisłę do większościowej udziałowczyni. Dobrze się stało, bo po ostatnim zatargu z Damianem, kiedy przed dwoma tygodniami z premedytacją ugryzł go w piętę, w pokoju panowała gęsta atmosfera. Wiadomo - obydwaj (królik i Damian) ambitni, żaden jako pierwszy nie wyciągnął ręki na zgodę.

środa, 14 października 2009

Sensacja! Zima znowu zaskoczyła drogowców!

Rowki między płytkami chodnikowymi nowej generacji napełniały się błyskawicznie śnieżnym błotem, zaskoczone obuwie warszawiaków – nieprzyjemną wilgocią a ostatnie krzaki dzikich konopi pokryłwały się białym puchem niczym świerki na okoliczność Bożego Narodzenia.

Pośród tego ogólnego błota i zimna przeciskały się mozolnie w stronę Ronda Starzyńskiego autobusy linii 500 i 527. Szare autobusy pełne szarych ludzi w szarych kurtkach i szarych dłoni szarych kierowców wytrzeszczających oczy poza magiczną barierę szarej szyby.

Tak, stało się.

Zgodnie ze staropolską tradycją - sięgającą XVI wieku, a konkretniej Najjaśniejszego Zygmunta II Augusta i ustanowionej przez Niego floty kaperskiej – zima zaskoczyła drogowców. Co prawda nie nazywali się oni wówczas „konserwatorami płaskich powierzchni asfaltowych” ani nawet „drogowcami” ani, tylko „morzowcami”. Podobnie jednak jak ci przedostatni nadziali się na sjurpriza zesłanego przez Matkę Naturę w postaci przejebanego śniegu i mrozu. Podczas gdy oni ćwiczyli się w konsumpcji trójniaka pod przytulną strzechą jakiejś gdańskiej karczmy, w tle zamarzał Bałtyk. Współczesne wydarzeniom kroniki milczą na temat ewentualnego odwołania szefa Departamentu Odśnieżania Bałtyku.

niedziela, 11 października 2009

Z pamiętnika alkoholika: Misjonarz

Rehab, dzień 57

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie minęło 8 okrągłych tygodni wymiennych na 56 dni po 24 godziny każdy odkąd wypiłem jakikolwiek alkohol. W tym tygodniu pękną 2 miesiące, a ja nie dobiłem nawet do półmetka okresu abstynencji.

W gruncie rzeczy niepicie jest zajęciem interesującym. Pierwszy tydzień to mozolna nauka wymawiania nie w żartach, tylko na poważnie sakramentalnego "nie piję" wobec kolegów. Jakże to? Rozumiem, że piwa nie, ale wódeczke ciachniesz, co? No, jednego tylko! Być może jeszcz trudniejszym momentem podczas pierwszego tygodnia jest - ta nieuchronnie się pojawi - okazja. Wyjątkowa. Taka, w której wręcz się nie da nie pić. Wesele, urodziny przyjaciela czy choćby wprowadzenie się nowego lokatora. Powiedzieć wtedy "nie" znaczy tyle co spojrzeć sobie głęboko w oczy.

Następne 2-3 tygodnie, kiedy umiesz już mówić o swoim niepiciu a przyjaciele oraz dotychczasowi kompani od kufla już przezwyciężyli zdziwienie i zaczynają brać na poważnie twoją abstynencję, przychodzi czas na naukę życia bez alkoholu. Ot, mecz. Środa, gra Liga Mistrzów. I jakkolwiek ciężko ci to przechodzi przez gardło, to zamawiasz do meczu colę, tonik albo herbatę. Czasem jeszcze drugą, czasem trzecią. Pewnym ułatwieniem jest fakt, że teraz na mecze wychodzisz sam. Kumple mają nagle o niebo więcej roboty i jakoś częściej muszą po godzinach zostawać w fabrykach.

Potem się uspokaja. Tygodnie 5-8 są normalne. Umiesz już odmawiać i opowiadać otwarcie o twoim niepiciu, nie boisz się okazji (oblewanie magistra Amelii nie było pokusą, choć - nie powiem - poczułem przez koszulę delikatne ukłucie nostalgiczej tęsknoty i żalu za błogim upojeniem leżajskami i wściekłymi...), wiesz, że mecz można obejrzeć (a koncert wysłuchać) bez piwa, a pół wieczoru po męsku przegadać przy herbacie, a nie wódzie.

Gdzieś w siódmym albo ósmym tygodniu zaczynasz dostrzegać, że wszyscy wokół piją dużo. Że nawet ci, którzy kiedyś pili mało - niektórzy nawet mniej niż ty - teraz piją dużo i jakoś często się upijają. Znajdujesz radość we własnej abstynencji, widzisz, że jesteś ponad tym i czujesz, że to fajnie.

I tu pojawia się myśl: skoro ty możesz - to inni też by przecież mogli. Czemu nikt nie spróbuje? Z czystej ciekawości - jak to jest być silnym. Żeby sprawdzić siebie. Żeby wątroba się zregenerowała. Ale nie, nikogo nie zachęcasz, bo wyszedłbyś na kogo byś wyszedł? Na jakiegoś pierdolonego misjonarza z opętańczą wizją? Na idiotę albo i chama, porywającego się na bezmyślny spokój nieskażonego niczym poza postmodernizmem pokolenia?

Myślisz też, że być może nigdy w życiu nie weźmiesz już alkoholu do ust. W każdym razie wiesz, że jeśli tylko zechcesz, to możesz.

wtorek, 6 października 2009

Życiowy popis Kota-Performera

Nie wszyscy znają tą historię, więc - z braku ciekawych spostrzeżeń - urozmaicę nią Nocny Pociąg.

Było tak. Poszliśmy z Mateo obejrzeć jakiś meczyk gdzieś na Krakowskie Przedmieście, potem whaczyliśmy jeszcze na tradycyjne sto gram i śledzika do Przekąsek-Zakąsek, po czym ostatnia czwórka przerzuciła nas na Starą Pragę i w nową dobę. Nastrój wymiany zwierzeń, myśli i idei udzielił nam się na tyle, że postanowiliśmy jeszcze podjechać do BP na Rondo Żaba po browar.

Browar.

I poszliśmy - z tym browarem, rzecz jasna - na tory. Tuż za działkami, które zaczynają się przy owym rondzie można odnaleźć między drzewami przejście na tory, które idą nad rondem. Jest to miejsce, gdzie krzyżuje się kilka tras kolejowych, toteż plątanina torów jest znacząca, a powierzchnia, na której owa plątanina się odbywa - rozległa, porośnięta krzewami i przede wszystkim - mocno nieoświetlona. Reasumując - pod spodem ruchliwe rondo, zgiełk i światła, tuż nad tym wszystkim - ciemna enklawa ciszy; idealne miejsce na spożycie tego ostatniego.

-Zimno mi. Usiadłbym na czymś. - pomyślał, a może nawet powiedział Mateo. Nim jednak znalazł coś, co mógłby podłożyć pod swoją dupę, żeby odgrodzić ją od kłującego zimna szyny kolejowej. I znalazł szmatę albo karton, ale na szczęście nie wziął tego do ręki. Kobieca intuicja? Możliwe, bo było ciemno jak w kloace Afroamerykanki; Księżyc ewidentnie nie dawał rady tego wieczoru. Domniemana szmata albo karton - pod blaskiem naszych słabych komórek - ozazała się połówką kota, z wystającymi z pyszczka efektowną feerią bebechów. Tuż obok, bliziutko (ale jednak - tragicznie zbyt daleko), po drugiej stronie szyny - spoczywało drugie pół owego kota.

-To się nazywa mieć pecha. - rzekłem i zamilkłem, rozmyślając o momencie, w którym koło lokomotywy (najpewniej wielkiej, sześcioosiowej ET-22) wbiło się z impetem w ciepłe i gładkie jeszcze futerko kotka. Czy ktokolwiek stojący wówczas w korku na rondzie lub czytający gazetę w przetaczającym się tramwau zdawał sobie sprawę z tego, jaka tragedia rozgrywała się nad ich głowami? Czy poczuli irracjonalny dreszczyki niepokoju? Czy niebo zaszło chmurami?

Tymczasem Mateo w tragicznej śmierci kota dopatrzył się nowoczesnego performance`u.
-Patrz, jaki performance. Pół kota, gładka szyna, pół kota. Ale numer odpierdolił.
-Kot-Performer? - zapytałem, i tak już zostało.

Epilog był taki, że po dwóch dniach pojechaliśmy tam z Zygfrydem zdobić pamiątkowe zdjęcie z tak awangardowym artystą. Tymczasem on zniknął. Nie ostała się żadna z połówek Kota-Performera.

-Performance trwa - napisałem w smsie do siedzącego w robocie Mateo.

***

A na mieszkaniu małe zawirowanie. Lesbijek już nie ma. Ich miejsce zajęły Sandra i Karolina. Przez telefon sprawiały dość smętne wrażenie, ale szybko się rozkręciły. Żartują, głaskają królika i nie zamykają drzwi. Obydwie hetero.

To nie koniec wzmocnień, gdyż nabyliśmy jeszcze kuchenkę mikrofalową, czajnik elektryczny, młotek, śrubokręt i jeszcze kilka gadżetów ze Sklepu Koła Fortuny. Wisienką zaś na torcie jest antena do kradzenia bezprzewodowego internetu, którą zainstalowaliśmy - a jakże - w kiblu.

Więc w razie czego pamiętać: to nad kiblem to nie spłuczka.

czwartek, 1 października 2009

Chujowo ale jednakowo

To w sumie powinna być odpowiedź pod jednym z komentarzy, ale refleksje są natury na tyle ogólnej, że nadają się na autonomiczną notkę.

Otóż to - Redaktorze Zuchu! Faktycznie, skurwiałe życie oraz ludzie w nim się zamieszkujący stanowią znacznie tresciwszą pożywkę do pisania notek niźli abstrakcyjny stan absolutnego blissfulu czy też nudnej nirwany. Ale czemu?

Polska mentalnosć? Prawda, że lubimy wiedzieć, jak to innym chujowo idzie, jakie to życie (co prawda to już doskonale wiemy) jest do dupy, jak to każdemu brakuje hajsu i perspektyw. Lubimy narzekać, krzywe miny robić i czekać, aż nas zaczną pocieszać albo usprawiedliwiać nasze porażki zwalaniem winy na mniej lub bardziej konktetnych "ich" i dostarczaćz samego życia wziętych przykładów, że u innych (i u nich samych przede wszystkim) lepiej nie jest. Czyli jak w wojsku - chujowo ale jednakowo.

A może to kwestia konwencji, podejscia indywidualnego. Miałem kiedys przyjaciółkę, która pisała wiersze, ale tylko radosne. Bo jak było źle, to jej się nic nie chciało, a pisać to już wogóle. U mnie jest chyba odwrotnie.

Choć obiektywnie - to i nie bardzo byłoby o czym pozytywnie pisać. Ale obiecuję i ogłaszam to Urbi et Orbi, iż najbliższy sukces głosno obtrąbię na niniejszym blogu. Choćby był nudny i nieciekawy.

Póki co walczę o komisa w drugiej instancji. Za każdą postawioną na mój sukces złotówkę buki płacą od 9 do 12.

środa, 30 września 2009

Rockowisko 2009

Tej imprezy nie można przegapić! 3 i 4 października podczas organizowanego po raz czwarty przez Fundację AVE i Białołęcki Ośrodek Kultury międzynarodowego festiwalu garażowych zespołów rockowych „Dobra strona rocka” spotkają się młodzi rockami z kraju i zagranicy!

Sobota: Sala Gimnastyczna w Gimnazjum nr 121 od godziny 9 rano
(http://gim121wawa.edupage.org/map/?)

Niedziela: Sala Teatralna Białołęckiego Ośrodka Kultury, ul Van Gogha 1,od godziny 10 rano

Więcej na www.rockfestival.waw.pl

Patronat medialny: NocnyPociąg.blogspot.com

poniedziałek, 28 września 2009

Choszczówka

Mówisz Warszawa. Myślisz - blokowiska, korki, pośpiech, szczury. Mówisz - weekend, myślisz - ucieczka, Mazury, Zakopane, rodzina na kaszubskiej bądź lubelskiej wsi, świeże zsiadłe mleko, zieleń drzew i złoto spadających liści, niepamięć.

Ale właśnie nie. Nie sądzisz, że zagrzebałeś się w schematach? Patrz. Wsiadasz w 176 albo pociąg Kolei Mazowieckich i wyjeżdżasz na Choszczówkę albo Płudy. To jakieś 30 minut jazdy od Warszawy Toruńskiej, w sam raz, aby posłuchać w empetrójku porannej sobotniej audycji. Więc wysiadasz na Choszczówce. Ciągle Warszawa, ale już inna. Oczom twoim ukazuje się las. Nie las krzyży, tylko taki zwyczajny. Sosnowy. On jest w niedalekim tle, ale zanim tam dojdziesz, mijasz jeszcze pojedyncze oazy klasycznej Warszawy. Ładne wille i ogrody i stojące przed nimi czarne toyoty avensis. Idziesz wąziutką, zupełnie niewarszawską uliczką bez chodnika ani pobocza, nazwaną nazwiskiem Józefa Mehoffera, znanego młodopolskiego grafika pochodzącego z podkarpackich Ropczyc. I wchodzisz do lasu.

I już zaraz, za pierwszymi drzewami czujesz różnicę. Nabożnie ściągasz słuchawki z uszu, żeby wszystkimi zmysłami doświadczać tego niespodziewanego lasu. Myślisz - kurwa, jak w prawdziwym lesie. Są szyszki, dzięcioły i muchomory. Kropi, ale co z tego. Jeżyny. Jakie wielkie. O, grzybiarze przyszli. Zazdrościsz, bo oni mają pełne reklamówki kurek, a ty masz tylko trzy, i jednego nadgryzionego przez ślimaka podgrzybka. Cóż, może powinieneś zmienić kontaktówki? A może nie, bo nagle znajdujesz przepysznego prawdziwka?

I tak spacerujesz czilałtując się, wietrzysz pachy, włosy oraz umysł, nieprzyjemnie nasiąknięte Śródmieściem niczym olejem wielokrotnie użytym do smażenia tanich frytek. Gubisz się jeszcze parę razy lesie, wychodzisz nagle na ogródki działkowe i dzikie wysypiska, i znów zanurzasz się w lesie z deszczem. Nagle - coś.

Powoli odwracasz głowę.

Jakieś 10 metrów od ciebie widzisz stado saren.