wtorek, 15 czerwca 2010

Boczny tor

Kryzys na polskiej kolei, pomimo podejmowanych prób reanimacji, trwa. I choć podczas niedawnych Dni Otwartych PKP można było obejrzeć nowoczesnego "Husarza" dopiero co zakupionego przez Intercity (może prowadzić pociągi z prędkością do 235km/h) to drugorzędne tory nie przestają rdzewieć, a niewykorzystywane bocznice ciągle samoistnie się wykrzywiają i chowają się pod niekoszoną zielenią. Nocny Pociąg, podobnie - coraz rzadziej wyrusza w trasę. Spowodowane jest to wszystkim po trochu, ale w zasadzie niczym konkretnym.

Niedługo zupełnie zniknie z rozkładu. Na Prawej Stronie pojawią się nowoczesne dizajnerskie fotoblogi pełne relacji z modnych praskich imprezowni. Nikt nie będzie pamiętał. A na bocznym torze zrupiecieje kolejna lokomotywa.

Duszy w stringi nie ubierzesz
Boisz się, że jesteś tylko ciałem
Czujesz przecież jak cię boli
Na tym świecie nieciekawym

Blues
To blues
To blues

wtorek, 18 maja 2010

Wileniak

Jednym z najbardziej obleśnych, ale i malowniczych miejsc na Prawej Stronie Wisły jest z pewnością zejście do podziemi przy Dworcu Wileńskim. Pamiętam, jak pierwszy raz zobaczyłem tam, przechadzającego się swobodnie handlarza: dziadka z kiepem przylepionym do wargi, z mrugającymi kolorowo plastikowymi króliczymi uszami i równie kolorową plastikową kulą. Jedyne 5zł!

Innym zaś razem natrafiłem na kłótnię. Szczekały na siebie dwie wysuszone, ale działające babcie. Rozchodziło się o handel ruskimi fajkami, a dokładniej - rewiry:

-Ty pierwsza weszłaś na moje!
-Nieprawda, ty pierwsza!
-Nie, głupia jesteś, ty pierwsza u mnie, byłaś we wtorek!
-No bo ty mi na moim puszki zbierasz!
-Ja ci nie zbieram...
-Zbierasz, myślisz że nie wiem, Heniek mi powiedział. Wszystko mi powiedział. Wszystko!!!

Nagle jedna z nich odskoczyła od drugiej przerwawszy żywą kłótnię (można dokończyć później) i niemal zagrodziła mi zejście do podziemi:
-Papieroski może? - zapytała mnie ta, która broniła swojego terytorium?

wtorek, 20 kwietnia 2010

Kluczowe sprawy

Kluczowym faktem medialnym była ostatnimi czasy - i ciągle pozostaje, acz słabnąc - katastrofa pod Smoleńskiem. A potem jeszcze żałoba. A teraz?

Jeszcze nie wszystkie ciała zdążyły spocząć w mogiłach i przeżreć się z robalami, a już odezwał się, tradycyjnie, Niesiołowski. W swoim stylu rozpoczął głęboko żenujące ataki, zwiastun nadciągającej kampanii. Przypominam o tym, gdyż naiwniaków wierzących, że ta kampania będzie "inna" nie brakuje. A przecież nie minęły 2 dni od pogrzebu, a Jarosław znów jest tym złym. Niestety, mało się mówi o możliwości wystawienia innego pisowskiego kandydata, choć znacznie lepszą opcją dla socjal-konserwatystów byłby jednak Zbigniew Ziobro. Odtyranizowany w Jewroparlamencie, pokazujący się z celebrytką, no a do tego jeszcze duchowy następca Lecha Kaczyńskiego - tak, młody Zbyszek miałby idealnę okazję, aby się rodakom przypomnieć. Nie zanosi się jednak. O Romanie Klusce nawet nie śnię. A polityka mnie brzydzi - sam nie wiem czemu się nią interesuję. To jakaś patologia.

A na przekór temu wszystkiemu - wiosna. A z wiosną - oczu uczta. Pojawiły się w wielkiej ilości, duszone przez całą zimę pod niewygodnymi płaszczami, w obcierających oficerkach i za nijakimi szalami. Są, wreszcie są, jedyna ozdoba tego smętnego miasta. Dziewczyny i kobiety, niczym motyle z poczwarek pojawiły się wszędzie, zadbane, pachnące konwaliami i ładnie ubrane. Odniosłem nawet wrażenie, iż kobiece ubrania to jedyny obszar, w którym Warszawa dorobiła się autentycznego stylu. Bezy prezydentowej Kwaśniewskiej nie były potrzebne.

Mieszkanie powoli przeistacza sie w melinę (z czym nie mam nic wspólnego), toteż rzadziej w nim bywam. Udało mi się naprawić rower na bazarze, zakupiłem gitarę, bedę jeździł i grał. Zdążyłem jeszcze oficjalnie rozpocząć Letni Sezon Plenerowy nocnym piwkiem w Parku Skaryszewskim, a także zgubić - i znaleźć klucze.

To jest kluczowe.

środa, 14 kwietnia 2010

Po katastrofie refleksje luźne

Jestem o tyle szczęśliwy, że nie czuję obowiązku wypowiedzenia się na każdy temat. A tematów - w związku z Katastrofą - jest sporo: od ludzkich refleksji nad tragedią po zimną analizę medialnej głupawki, od analizy zasług i dokonań po szkicowanie politycznych scenariuszy, od cynizmu internetowych oszustów kondolencyjnych po chamskie łokciowanie podczas przejazdu prezydenckiej trumny, od analiz technicznych zdezelowanych tupolewów po snucie teorii spiskowych i spór o pochówek na Wawelu.

Szok i chaos w głowie - to najpierw. Żal - to następne. Potem cały dzień z radiem na uszach, potem - powitanie trumny. A dalej już odpuściłem. Toczy się życie. A tych co zginęli, niech Bóg ma w swojej opiece.

Na Bródnie już wiosna, tylko czekać aż zakwitną dzikie konopie. Jednak - jakoś nudzi mnie już to miejsce. To znaczy - miejsce nie jest złe. Bez sensu jednak, jak na pobliskie tory nie bardzo jest z kim wyjść na piwo, na które wreszcie jest i czas, i pieniądze. To po chuj mi takie torowisko? Ale kiedy i gdzie? Może w czerwcu, gdzieś na Targową, okolice Dworca Wschodniego i Ząbkowskiej? Może Kinowa - tam gdzie zwiedzone niedawno ogródki działkowe, Park Skaryszewski i oczko wodne na Przyczółku Grochowskim? A może odwrotnie - Stara Praga tuż za Wileniakiem - Brzeska, Szwedzka, Strzelecka?

Szedłem niedawno przez działki, przez Golędzinów, od strony Jagiellońskiej. Bardzo przyjemny teren, trochę takich powykrzywianych i niemal zupełnie przykrytych trawą i drzewami torów, poprzetykanych z rzadka pieczarkami i jednym zdechłym gołębiem. A ogródki nie takie ładne jak u mnie w mieście czy choćby na Kinowej.

środa, 24 marca 2010

Nobody`s followin` my ass

Nobody`s followin` my ass
Nobody`s followin` my ass
I`m goin` to the top
I`m walkin` hard
Nobody`s followin` my ass

Have gone to Detroit
To smell some pussies, yeah
Wife`s afraid of temptations
Said the same thing I always say
Nobody`s followin` my ass, babe

(na melodię taką, jak poniżej)

wtorek, 23 marca 2010

Strach

Sam moment urodzin minął mnie niepostrzeżenie - zastał mnie on w Leżaku na Starym Mieście nad "Dziennikami" Kisiela i ze szklanicą kojącego, grzanego wina w ręku, czekającego na Jolę. Leczyłem tym winem żołądek po przedwczorajszej wódzie, a także się ogrzewałem (jednak za wcześnie na wiosenną kurtkę). Pub przyjemny, ciepły, normalny - trochę rockowy, światło żółte, winyle, bas, drewniane stoły - nawet MTV nie psuje za nadto klimatu.

25 to depresyjny jednak moment. Mam poczucie przeskoczenia w wiek dorosły, męski - z młodości durnej i chmurnej. Może po prostu zmarzłem? A może dlatego, że była tylko jedna kackupa po sobocie? W kościele św. Anny były pustki. A jałmużny nie dałem, chuj. W telewizorze nad moją głową program o dziewczynach z Playboy`a. Czy w życiu naprawdę można się tak beztrosko uśmiechać? Dlaczego w Stanach zawsze świeci słońce? A po chwili - dlaczego wiem, że to ściema?

Jest tyle głupich pytań zaczynających się od "dlaczego". Dlaczego jeszcze nie uwierzyłem, że brak na nie odpowiedzi, przecież wałkujemy te tematy od dzieciństwa? Dlaczego mity upadają - i nawet w Playboy`u nadają teraz paskudę? Ay, como duele corazon a mi, como duele.

Boję się, bardzo się boję - właśnie teraz.

środa, 10 marca 2010

Wiosna - napierdala

Zadziwiające, z jaką sprawnością i szybkością Wisła zrzuciła z siebie lodową skorupę i spuściła ją, niczym kupę, malowniczymi krami wprost do Bałtyku. Lubię zamarzniętą Wisłę, ale teraz też mi się widzi. Codzienne spojrzenie w dół podczas przetaczania "jedynki" na gorszą stronę miasta jest orzeźwiające niczym przemycie twarzy zimną wodą. Oznacza bowiem niezbicie, że wiosna, owszem, napierdala, i jest już tuż-tuż.

A ja czytam, dużo czytam. Teraz na rozkładzie "Dzienniki" Kisiela - dzieło opasłe (prawie 1000 stronic opisujących lata 1968-1980), odrobinę monotonne, ale za to z charakterystyczną Kisielową swadą i w gruncie rzeczy - ciekawe.

Poza tym nie warto pisać o niczym. Wiosna - czekam z utęsknieniem na ostateczny szturm. Mroźne obrazki w kolorze brudno-szarym już mi się znudziły. Poza tym zdążyłem już zgubić rękawice i czapkę.

czwartek, 25 lutego 2010

Cyfryzacja na Brzeskiej

-Puk, puk.
-Czego?
-Dzień dobry, my z telewizji...
-Co tak, kurwa, wcześnie?
-Już jedenasta. Byliśmy umówieni.
-Właźcie, kurwa, i róbcie swoje. Antoś jestem.

Skacowana, czerwona morda - tak pasująca do designu owej klatki schodowej - wpuściła do środka dwóch młodych mężczyzn w charakterystycznych garniturach handlowców, z teczkami pękatymi od papierów, części i wiertarek w ręku. Nieufnie i niechętnie, ale perspektywa posiadania dekodera, który w kamienicy posiadali już zarówno Heniek, jak i Wacław (a i Edek już przecież zamówił) była silniejsza. Jest tam przecież kanał ze wszystkimi meczami Ligi Mistrzów, 4 historyczne, 7 podróżniczych i 1 całodobowy pornol. Wiadomo.

Rozsiadł się w fotelu i obserwował uwijających się przy szafce z telewizorem monterów. Nalał wódki do szklanki, zapalił papierosa, na chwilę odwrócił głowę w kierunku okna. Na podwórku wewnątrz kamienicy, jak zawsze o tej porze, pośród zwyczajowych psich kup, drą się dzieci tych z drugiej klatki. Nie wiedział jak się nazywają, ale miał to w dupie.

-Nie mówią mi "dzień dobry". – pomyślał Antoś – Chuj, trochę mnie w końcu nie było.

Wiertarka wierciła – w ścianie i głowie. Postanowił zatkać uszy – kolejną szklanką wódki. Popatrzył na monterów. „Dobre chłopaki” – pomyślał. - "Młodzi, robotni, a przy tym w garniturach – wytartych przecież, ale jednak. Coś z nich może będzie. A może i nie, bo to różnie się układa. Ciekawe czy są stąd? Pewnie nie, pewnie przyjechali z jakiejś zakompleksionej Łomży albo innego Radomia, wynajmują mieszkanie gdzieś na Ursynowie, dojeżdżają metrem, a w weekendy walą dobrą wódę i dupczą nasze dziewczyny. Garnitur, wiadomo. Ale to jednak dobre chłopaki."

-Płacą wam od godziny albo od klienta, czy stałą pensję macie? Macie coś ze mnie? – zagadał i poczęstował ich fajką. Obydwaj skorzystali, bo lepiej palić niż tylko wąchać, a w pokoju i tak już było gęsto jak w PRL-owskiej pijalni piwa.
-Od zainstalowanego dekodera stówę mamy. – odpowiedział niechętnie jeden. – Trzeba się szybko uwijać, to można zarobić.
-Od 8 do 22 czasem robimy. – dodał drugi.
-Chlapniecie balsamu?
Nim odpowiedzieli że nie, Antoś nalał i odstawił pustą flaszkę na podłodze, koło wersalki.
-Po maluszku, zdrowia!

Stuknęły trzy szklanki, biedronkowa cola we wczorajszej butelce wędrowała z rąk do rąk.

-Podoba mi się, jak młodzi zasuwają, nie kantują. Bo teraz to prawie każdy tylko fajnuje i asiora zgrywa. A wam dobrze z cyferblatu patrzy. Ja też tak chciałem, na parzygnata chciałem iść, od gówniarza lubiłem się kręcić w kuchni, jak babka pichciła. W gastronomicznej dobrze szło, ale koledzy… Jak zacząłem tankować gochę, to 15 miałem. Szybko w przypałkę popadłem. A na 18-stkę… - Antoś spojrzał przez okno, na trzepak, gdzie to się najpewniej stało – wyrok.
Monterzy zamilkli jeszcze bardziej, a dym ze szluga zgęstniał i stanął im kołkiem w gardle.

-Morderstwo, 28 lat w pace. -Coś drgnęło w kąciku oka, ale błyskawicznie zostało spacyfikowane; cofnięte jak taśma z niewłaściwą piosenką. - Draka była, taka jak to dawniej często. Prawdziwa jatka. No i przesadziliśmy, zrobił się trup. Tylko, że ferajna nogowała co sił, a mnie złapali, bo byłem najbardziej zalany.
-Potem wszystko wziąłem na siebie. - dodał po dłuższym milczeniu. - 5 lat temu wyszedłem i tu wróciłem. Bo gdzie miałbym iść, co? Było, minęło, trzeba żyć.

I zaśmiał się, ale nie gorzko, tylko pogodnie.

-Wiecie co jest najlepsze? Że jak wyszedłem to byłem gołodupiec. A teraz daję radę lepiej niz te mordy, które się zestarzały jak mnie nie było. Ciągle biegali do monopolu po benzynę i ogórki, no i w obrazki walcowali, na pieniądz ma się rozumieć. Heniek jest mechanikiem, ale rentę ciągnie, to nie robi. A jak nie robi - to pije, wiadomo. A ja już mam nawet sławę - że jak coś naprawić, to do mnie. Ufają mi, bo swój jestem, a w kiciu wytrzymałem i wróciłem. Gdybym siedział tutaj, to nie ma siły, zmenelałbym jak inne mordy. Oni już nawet u mnie są zadłużeni! Jak w kieszeniach płótno - to do Antosia! Bo klientów ma, to i pożyczyć z czego będzie.

Za oknem - pod przeciwległą klatką - na ławeczce spoczęło trzech nieciekawych mężów, każdy wyposażony w butelkę nalewki. -Barszczu im się od rana chce. - pomyślał - Nagle jakaś myśl przebiegła mu przez głowę. Wstał, podszedł do okna i otworzył je.

-Panowie, zbiórka u mnie, ale już! - krzyknął i machnął ręką, żeby wiedzieli, że nie żartuje.

Zdziwili się, ale przyszli. Kompan i wierzyciel w jednym, a do tego problemowy - nie warto odmawiać.

-Pany telewizję zakładają, a wy nie macie. Liga Mistrzów i pornol całodobowy, do tego przyrodnicze i historyczne. Podpisywać raz umowy i umawiać się na montaż! Waluty i tak mi nie oddacie bo chlejecie, to niech chociaż oni zarobią. Bo to są dobre chłopaki, nie tak jak my.

Przy akompaniamencie najwyższego zdziwienia młodych monterów w garniturach - nie przeczytawszy nawet treści podsuniętych formularzy - trzech nieciekawych mężów bez szemrania niedbale podpisało wnioski o założenie telewizji cyfrowej. Wiadomo.

środa, 10 lutego 2010

Ulica Strzelecka

-KurwaaaAAAA!! - chudy, wysoki, w dres odziany młodzieniec skakał do góry, zadzierał głowę i machał rękoma w stronę któregoś z balkonów. - KurwaaaAA!!!!!!, zobaczysz!!

Wokół niego stało kilku innych chudych dresiarzy w wieku, tak na oko, od 20 do 30 lat. Jeden z ogłupiałym bulterierem na smyczy. Właśnie zapadła cisza nocna. Było mroźno.

-KurwaaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAAaaaAAAAAAA....!!! - niosło się po osiedlu. Na skrzyżowaniu Konopackiej i Strzeleckiej, czyli w samym centrum praskiego Trójkąta Bermudzkiego, pośród obdartych XIX-wiecznych kamienic płonął samochód. Spod maski terenówki land rovera na praskich blachach sadziły dwumetrowe płomienie. Ktoś dzwonił, najpewniej na 112.

-KurwaaaaaaaaaAAAAAAAAAa...!!! Zajebieeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!! Zobaczysz. - niosło się wzdłuż Strzeleckiej - Kurwaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Zaradni mieszkańcy okolicznych kamienic pojawili się z gaśnicami i... nic. Zajęli pozycje przy swoich autach, czekając na ewentualne przeniesienie ognia. Sytuacja była nieciekawa - terenówka w każdej chwili mogła wybuchnąć. W oddali zadźwięczał charakterystyczny odgłos policyjnego sygnału. Zjechało się kilka szaro-niebieskich aut, pojawili się też strażacy. Widać było tylko czerwone płomienie i wianuszek niebieskich, pulsujących świateł wokół.

-Obiecujeee!! Zobaczysz!!

Młodzieniec ostatni raz wyskoczył do góry z wyciągniętym środkowym palcem skeirowanym w stronę któregoś z balkonu. Terenówka już się nie paliła, tylko dymiła. Chudy młodzieniec wraz z kolegami i bulterierem na smyczy odeszli agresywnym krokiem, znikając w najbliższej bramie. W głębi podwórka jeszcze raz zabrzmiało:

-KurwaaaaaaaaaAAAAAAA!!!

Było to już jednak coś innego. To był okrzyk dobiegający z głębi podwórka, zmodulowane przez echo grubych murów. To już było wewnętrzne "kurwa" tej kamienicy, jedna ze spraw, które nie wydobędą się poza bramę podwórka z trzepakiem. Gapiom z ulicy Strzeleckiej oraz policji nic już do tego.

czwartek, 4 lutego 2010

Hominem quero

Być może to pora roku. A być może nie, bo podobnie pisałem w maju.

Wtedy jednak - pozwólcie, że zacytuję swą ówczesną wątpliwość - "(...) może nikt już z nikim nie rozmawia o poważnych rzeczach?" - łączyłem ten brak rozmów ze swoim własnym stanem. Teraz jednak zaczynam wyczuwać punkt ciężkości poza siebie, w otoczeniu.

Taka scenka rodzajowa. Siedzimy w ileśtam osób w knajpie. Brzydkiej, więc modnej. Na czerwonej, obdartej, wygodnej kanapie siedzę, obok i naprzeciwko - inni. Przy innych stolikach też jacyś ludzie - i ich znajomi. Ten w czapce a la papa smerf (wiecie jaka), ten w kapeluszu, ktoś w gumofilcach przyszedł, ktoś wąsy zapuścił, ktoś przyniósł okulary przeciwsłoneczne, ktoś didżejskie słuchawki, komuś spod rękawa alternatywnej koszulki wystawał fragment dziary w języku japońskim, ktoś miał naszyjnik broniący przed biurokracją, ktoś ubrał dżinsy obcisłe a inny ktoś - dziurawe, wszyscy nosili dopracowane, trzydniowe zarosty i palili pretensjonalne Davidoffy lub obślinione nimbem oldschoolu LM-y. Moi znajomi toczyli rozmowę o tym co ktoś powiedział, a ja - cóż, nie chciało mi się o tym gadać, więc się wyłączyłem. Zaczęły do mnie docierać dźwięki artykułowane z innych stolików. Chciałem usłyszeć coś ciekawego, żeby ciekawą anegdotkę wrzucić.

Ale się nie dało. Bo choć knajpa modna, a każdy wyglądał dziwnie, to jednak siedziała tam suma intelektualnych zer (przy czym pamiętajcie: suma dziewięciu zer to nie miliard, ale zero). Tak przynajmniej brzmieli - jak zera. Jaranie blantów, impreza, ceny drinków, tuningowne samochody, dziary i promocje w Stradi i u CK. Tym żyje Warszawa. Warszawa Intelektualna, Warszawa Artystyczna, Warszawa Lepsza. Jestem zawiedziony o tyle, że po dziwnie ubierających się ludziach oczekiwałbym czegoś więcej niż intelektualnej pustki, urozmaiconej raz na czas o jakąś progejowską deklarację w duchu tolerancji. Oczekiwałbym odrobiny kreatywności, pasji, ciekawości wykraczającej poza obłok plotek o wspólnych znajomych, oczekiwałbym czegokolwiek więcej.

Tylko wódka nas ratuje, bo czasem filozofujemy. Błędnie i chocholo, ale zawsze. Ale ja ciągle marzę za rozmowami o czymś - ale nie opartej na cytatach z Sartre`a czy innych takich, ale o prawdziwych znaczeniach. Niedługo wzdłuż Cmentarza Bródnowskiego zazielenią się topole, a mur jego porośnie winoroślą. Niedługo przyjdzie wiosna. I pewnie znowu nic nie zakwitnie, będziemy się tylko dalej babrać w tym samym bagnie z błota, liści, szpanu i wyrwanych z kontekstów urywków znaczeń. I wszyscy będziemy robić to, co inni.

Już od bardzo dawna nie poznałem nikogo ciekawego.

środa, 27 stycznia 2010

Stacja Stadion

Postać wybiegła z tunelowego przejścia na peron - akurat w momencie, gdy automatycznie zamykane drzwi zdezelowanego EZT-a w biało-zielono-żółtych barwach puściły zwieracze i z entuzjazmem godnym Psa Huckleberry`ego zamknęły się.

Peron - niczym bohater popularnego kawału - cały na biało. Tablica rozkładów - trochę przybrudzona, ale nie rozbita - wskazywała, iż oczekiwanie na następny pociąg nie powinno trwać dłużej niż 5 minut.

Sponad zmarzniętych konarów drzew oraz pogarbionych baraków tajskich i wietnamskich handlarzy majtkami, na tle szarozimnego nieba wyłoniła się powoli, dyskretnie, cięciwa po cięciwie, pomarańczowa kula słońca. Poranne słońce jak to poranne słońce - nigdy nie świeci zbyt intensywnie, ale tym razem można było odnieść wrażenie, że to świecenie jest tylko pro forma, że tak naprawdę nie stoi za tym żadna wymierna treść, ani jeden dżul pożywnej słonecznej energii - tak jakby słońce dołączyło do grona ofiar zimy. Wzbiwszy się cokolwiek wyżej zatrzymało się tuż obok żurawi monumentalnie górujących nad przyszłym Stadionem, przybiło piątkę z nocną zmianą i zapaliło szluga z dzienną, która wyraźnie ociągała się z wejściem na teren budowy. Kilkanaście kłębów papierosowego dymu wzniosło się ku niebu, kilkanaście pomarańczowych punkcików żarzyło się niemrawo - jak tamto słońce.

Tymczasem zza horyzontu zakrętu torów wynurzył się następny pociąg. Mróz był tak silny, iż wydawało się, że skład w każdej sekundzie próbował przymarznąć do szyn - i tylko morderczy wysiłek poczciwych silników powoduje, iż maszyna trwa w ruchu, i centymetr po milimetrze - toczy się do celu. Koniec końców wtoczył się jednak na peron, przygarnął nielicznych pasażerów a potem potoczył się dalej, w stronę mostu, do którego jednak przymarzł, bo żal mu było opuszczać Pragę.

Gdzieś poniżej dwóch policjantów wypisywało zakapturzonej postaci mandat za przejście przez ulicę w niewłaściwym miejscu.

czwartek, 21 stycznia 2010

Co urosło rządowi?

Zapowiada się nam mały happening. Szkoda tylko, że w godzinach pracy.

środa, 20 stycznia 2010

Czarna gumka

Pękła mi czarna gumka. Taka, którą nosiłem na prawym nadgarstku od prawie dwóch lat. Była to ostatnia frotka, której używałem jeszcze za czasów długich włosów. Pękła - nic się jednak nie stało - świat dalej gna naprzód, tylko ja się czuję nieswojo gdy widzę taki goły lewy nadgarstek.

A poza tym - znowu mam pokój do wynajęcia. Dla dwóch osób, za 800zł, z balkonem. Na Bródnie posiedzę jeszcze do lata.

***

A jednak.
[`]

niedziela, 17 stycznia 2010

Zapasy

Obserwujemy - a trwa to od końca listopada - dość wyrównaną walkę na Wiśle. O Wisłę.

Codzienny przejazd tramwajem przez Most Gdański (nawiasem mówiąc - najlepszy most w Warszawie) daje okazję do około minutowych, regularnych obserwacji. Kry kwitną jak lilie - mniejsze, większe, ale to wszystko za mało aby Wisła zechciała się pokryć lodową kołdrą. Tworzą się najwyżej małe białe wyspy wokół wsporników mostu, tudzież zamarzają zatoczki na prawej stronie, na których od czasu do czasu bezceremonialnie kopulują czarne kaczki. To wszystko jednak za mało, aby się chwilę przespać.

Zeszłego stycznia zima była w o wiele lepszej formie. Na papierze to i teraz najważniejsze argumenty zdają się być po stronie rzeki - w końcu mrozy i głębokie, i regularne, ale... jakoś nie idzie. Tak to czasem jest.

***

Mam jakieś wyrzuty sumienia. Pewnie jakby się ktoś temu z boku przyglądał, to by stwierdził, że Prawą Stronę potraktowałem instrumentalnie. Jednosezonowy zachwyt, a potem już rutyna, "nie mam czasu" i inne takie. W swojej prostocie wcale tak nie uważam, ale coraz mocniej wyśmigane szyny i wskazówki zagarka faktycznie zawężają pole obserwacji i kontemplacji. Ale w tramwajach i na przystankach aż tak wiele ciekawego się nie dzieje. A ten zachwycający koloryt Pragi składa się z ludzi i kostek brukowych, tyle tylko że ludzi w tramwaju nie uświadczysz (ci, co jeżdżą, to najczęściej "dojeżdżający", względnie "pasażerowie"), a kostki spokojnie erodują pod lodem i śniegiem. Tak więc zima nie jest tu za ciekawa.

czwartek, 7 stycznia 2010

Gołębie

Stała i karmiła gołębie. Była odwrócona tyłem, ubrana w długi płaszcz z biało-szarego materiału oraz fioletową, długą czapkę – trochę taką, jak na dredy, ale niezupełnie. Nie miała rękawiczek. W jednej dłoni trzymała papierową torbę (taką, w jakie pakuje się „tradycyjny wiejski chleb” w hipermarketach), a drugą wydobywała stamtąd okruchy i rozrzucała je na śnieg. Nie było widać jej twarzy, ale miało się przeczucie, że jest ładna.

Przechodzący gdzieś o kilometr za jej plecami ludzie byli niewidzialni i niemi, nie istnieli, chociaż nieraz potrącali ją na brzegu zatłoczonego chodnika. Ona zaś ciągle karmiła gołębie gromadzące się pod przybranym w małą biało-czerwoną flagę i niesprzątnięty od listopada poczerniały znicz kamieniem upamiętniającym Powstańców bądź też Rozstrzelańców z czasów Wojny.

Z brzegu przystanku wyłoniła się czyjaś postać. Równie szara jak tej dziewczyny; wyróżniała się tylko czerwonymi sznurówkami, oraz tym, że ręce miała w kieszeni. Postacią tą był jakiś tutejszy chłopak, może już młodzieniec. Uważnie się jej przyglądał. Trwało to chwilę – jakąś tam, znaczącą tyle, co ćwiartka za szkołą. Podszedł.

A potem nagle zaczął padać ciepły, gęsty śnieg. A potem zapadł nagły, zimowy zmrok i nadjechał pociąg; wolno wtoczył się na przystanek i zupełnie ich wszystkich zasłonił – chłopaka, fioletową czapkę, tłum, gołębie. A potem ciuchcia uwolniła niespodziewanie wielki kłąb czarnego dymu, gwizdnęła i odjechała w otchłań Parku Bródnowskiego. Ostatni wagonik zniknął za miejscem zwanym Wyspą.

I nie było już nikogo - tylko dalej padał śnieg i była noc. Nawet gołębie zamajaczyły na szaro ponad drzewami, ponad opadającymi ciężko płatkami.

środa, 30 grudnia 2009

Przeżyjmy to jeszcze raz

Opublikowana na blogu Coldaim lista 20 najlepszych singli 2009 oraz liczne zestawienia najlepszych piłkarskich "11" mijającego roku unaocznił i mi potrzebę stworzenia jakiegoś podsumowania. Tylko jakiego? Zobaczymy co wyjdzie. Postanowiłem opis każdego miesiąca ozdobić cytatem z Dewey`ego Coxa.

STYCZEŃ
"-Dewey, we don't know this song.
-You just follow me."


Styczeń, podobnie zresztą jak cały 2009 rok zastał mnie w Toruniu pod pomnikiem Marszałka Piłsudskiego (ps. "Ziuk"). Padał śnieg i było bardzo ciepło.

Parę godzin później bawię się w NRD na imprezie ciągle sylwestrowej. W NRD, którego ponoć już nie ma.

Na miejsce Joli, z którą właśnie się rozstałem 4 stycznia wprowadza się do mnie Piotruś. Tymczasem brawurowa eskapada na stopa, aby tylko potrzymać ją za dłoń tuż przed operacją, kończy się całkowitym sukcesem. Zaczarowałem ją, była moja, a ja byłem bardzo szczęśliwy. Od tego czasu związek z Donatą kwitnie niczym las tropikalny na przeciwległej półkuli.

Kupuję sobie używanego empetrójka na Allegro. Psuje się, ale udaje się go naprawić.

Pracujemy w InterWiedzy.pl jako tak zwani mentorzy techniczni. W firmie nikt nie wie czym się zajmujemy, wliczając w to nas. Nawet prezes zapytał Zygfryda podczas fajka na korytarzu - "Tak się właśnie zastanawialiśmy, co wy właściwie tu robicie w tej firmie?". A my włączaliśmy komputery, potem je wyłączaliśmy i łaziliśmy na piwo. Proste.

Robię konferencję o marketingu miast na SGH, która się kończy sympatycznym skandalem z pijaniutkim słuchaczem w roli głównej.

Podczas nocnej libacji z Zygfrydem, przy akompaniamencie stuku kieliszków i miękko padającego za oknem śniegu, nagrywamy przebój "Śledzika się dzieli na 4 równe części".

LUTY
Bells will ring, Ting-a-ling-a-ling, ting-a-ling-a-ling, and you'll sing: vita bella"

Związek dalej kwitnie, a praca dalej jest, choć pojawiły się już pierwsze symptomy opóźnień w wypłatach. Wysyłamy sobie mailami i smsami mało znane piosenki, takie sobie dialogi prowadzimy wobec życia na dystans.

Dostaję zaproszenie na rozmowy z Bardzo Dużej Firmy.

Pierwszy raz oglądam "Walk Hard: The Dewey Cox Story". Do końca lutego oglądam go jeszcze 5 czy 6 razy i zaczynam posługiwać się tą odmianą polszczyzny, w której dominują frazy z tego filmu.


MARZEC
"You don`t wanna part of this shit!"

Jadąc do Donaty bierzemy na grilla zająca, uszkadzamy chłodnicę, i pozostałe 200km po nocy i w warunkach gołoledzi pokonujemy na ciągle zrywającym się holu. Przygoda, przygoda, hej!

Organizuję urodziny, na które laski w mini mają zapowiedzianego drinka gratis. Miał być żart, ale one naprawdę dały nam obejrzeć swoje nogi.

Donata ma szkolenie wyjazdowe, jedziemy razem zażyć turystyki. Po miło spędzonym weekendzie żegnamy się na pewnym śląskim dworcu na rozstaju dróg.

Zygfryd pisze smsa: "Dzwonił Myziak? Koniec InterWiedzy!:)". Na kolejnej libacji powstaje kawałek "Nasza firma się wali".


KWIECIEŃ
"What a fuckin` dark period in my life!"

Polska wygrywa z San Marino 10-0, a Donata pisze jakieś bzdurne maile, mające na celu wytłumaczenie co i dlaczego. Oczywiście wszystkie są bez sensu, ale to nie ma znaczenia. Jeszcze łażę na piwo, ale coraz bardziej mi się nie chce.

MAJ
"And by a man`s touch I mean a penis in my vagina."

Weekend majowy spędzam nie przed telewizorem delektując się zwycięstwem Barcy nad Realem 6-2, tylko na weselu, w towarzystwie Klaudii, mojej zaprzeszłej dziewczyny, jeszcze z czasów szczenięcych. Pamiętam, jak kiedyś bawiliśmy się w takt szlagieru "pod fartuszkiem dwa jabłuszka masz, jak poproszę to mi jedno dasz...". I rzeczywiście, dała.

Juwenalia. Idziemy z Matteo, przyczepiają się do nas jakieś laski i jeden śmieszny Melepeta. Zwiedzamy Targówek Mieszkaniowy, a w następnym tygodniu składamy niezapowiedzianą wizytę Andrzejowi z 406 na Żubrowej. Matteo twierdzi wówczas, że "laska, która ma 50g na każdy cycek nie będzie nam mówić, co mamy robić!".

Poznana na juwenaliach laska zaczyna regularną akcję ob spamowania mi skrzynki jakimiś cudacznymi piosenkami (choć przyznaję - mailjski blues mi się spodobał). Do tej pory mam na mailu jakieś 60 nieprzeczytanych wiadomości.

Tymczasem przeistaczam się z gołoty w prawdziwego szlachcica-posesjonata. Zostaję członkiem Związku Działkowców Polskich i dostaję w wieczyste użytkowanie fantastyczne 3,5 ara ze zdrowym domkiem i okazałym drzewostanem. Istny raj.

CZERWIEC
"I stay up all night and I smoke and I drink"

Ostatni egzamin opijam hucznie, choć do końca studiów daleko. Poznaję się na nowo z Amelią, która już kiedyś spodobała mi się bardzo bardzo. Łazimy, dużo gadamy, trochę gapimy się w gwiazdy i dyskutujemy na temat wyższości tyskiego gronie nad książęcym. Ale nie jakoś tak na poważnie, tylko trochę na niby.

Potem jedziemy w Bieszczady na zgrupowanie. Z alkoholem nikt jeszcze nie wygrał, fakt. Ale my zremisowaliśmy. Trzeźwiałem dwa dni.

LIPIEC
"You take the children but you leave me and my monkey!"

Przyjmuję na wakacje królika Joli. Jadę na południe na festiwal rockowy z przygodnie poznaną kobietą. Pracuję trochę na budowie, trochę w SatInstalNecie, trochę u siebie na działeczce.

Spędzam z rodzicami weekend nad morzem. To pierwszy taki przypadek od 19 lat. Po drodze piwo z Moniką, potem jeszcze nocne łapanie stopa bo coś pomyliłem w rozkładzie, a na drogę powrotną - pociągiem oczywiście - zgadałem się już z Amelią.

SIERPIEŃ
"Rehab? Rehab! Ok, rehab, rehab..."


Rozpoczynam abstynencję. Uczę się do poprawek.

Wyprowadza się Piotruś, wprowadza się Damian. Koresponduję sobie z Moniką, która pojechała do Meksyku.

WRZESIEŃ
"-Does Dewey seem unhappy to you? He`s changed! I tell you he`s changed!
-That was early Dewey, this is middle Dewey."


Na scenę mojego życia powraca niespodziewanie Jola.

Upierdalam poprawkę, powtarzam rok. Wyjeżdżam na miesięczne saksy do Hiszpanii, gdzie zostaję brutalnie wydupczony przez życie. Mam serdecznie dosyć wszystkiego. Nie wychodzę z domu, nie jeżdżę do rodziny, nie pracuję, nie piję.

PAŹDZIERNIK

"I thought you liked working at the slaughterhouse for my daddy."

Z październikiem wróciły zajęcia na Uniwerku. Wyjście do ludzi dobrze mi zrobiło, ciągle jednak nie mam pracy. Przestaję się golić.

Chwilę potem zima po raz pierwszy tego roku zaskoczyła drogowców, a ja spróbowałem sił na kablu jako telemarketer. Masakra. Wytrzymałem jakieś 2 godziny, wliczając ustawowe przerwy.

LISTOPAD

"-I will do it if I have total creative control.
-Dewey, you can't have any creative control.
-Ok."


Mam pracę.

GRUDZIEŃ
"Dewey Cox needs India right now. And I think India needs Dewey Cox as well."

Jadę na Ukrainę na mecz. Na Święta dostaję chujowy prezent - tym razem zamiast niepraktycznego swetra otrzymuję niepotrzebne rękawice. Zresztą pierwszy raz wydałem na podarki więcej, niż rodzina wydała na mnie. Najwyraźniej już nigdy nie otrzymam wymarzonego prezentu.



***

"-Dewey, you have got to give up your dream. Dreams don't come true!
-I am gonna make this dream come true. Nobody ever said it's gonna be easy. It's hard. It ain't easy to walk to the top of a mountain. It's a long, hard walk. It's a rocky road. But I plan on walking. Oh, I'm gonna walk. Hard. I will walk hard..."

niedziela, 27 grudnia 2009

Dobrze opita abstynencja

Świadek: Lidia (siostra)

-Wróciłam do domu około godziny 1 nad ranem. Nie było go w mieszkaniu. Hałas na klatce schodowej zbudził mnie po godzinie piątej. Myślałem, że nie da rady włożyć klucza do dziurki, stwierdziłam, że daję mu minutę i wtedy zdrapię się z łóżka i mu otworzę. Jednak nie było to konieczne, bo jakoś dał radę. Jak przyszedł, to jeszcze coś zjadł. Ścieląc łóżko nic nie mówił, zdawał się być bardzo skoncentrowany na tym co robił, jakby ścielenie łóżka było robotą wymagającą jednocześnie zegarmistrzowskiej precyzji, maksymalnej koncentracji oraz ogromnego wysiłku fizycznego. Z trudem trzymał pion. Nie odpowiedział na żadne pytanie. Milcząc udał się na zasłużony odpoczynek.

Świadek: Zygfryd (kolega 1)

- My wyszliśmy koło drugiej. Do tego czasu Emel kręcił się pomiędzy stolikami, gadając z różnymi kolegami, a także koleżankami niewiadomej proweniencji. Ciężko ustalić, co się z nim później stało. Pamiętam, że po pierwszej poszedł odprowadzić Aśkę i długo go nie było, ale potem zadzwonił (połączenie: godzina 1.27) i obiecał, że za 15 minut wróci. Tak też się stało. Pamiętam też, że w pewnym momencie powiedział, a właściwie wybełkotał "właśnie piję siódme". Możliwe, że potem poszedł do innego baru, ale tego na stówę nie wiem.


Świadek: Mirosławik (kolega 2):

- Było grubo. Ja piłem wódkę, Emel najpierw piwka, ale potem też pił z nami wódkę. Niestety też nie pamiętam dokładnie wszystkiego. Sądzę, że dzisiejsze karaoke będzie doskonałą okazją do rekonstrukcji zdarzeń, wtedy będziemy mogli powiedzieć coś więcej. Pamiętam za to, że pisaliśmy kilka razy smsy o tym, że jest gruba biba do naszego kompana Matteo, który tym razem został uwięziony przez żonę.

Świadek: Zyślo (kolega 3):

- Nie mam nic ciekawego do powiedzenia.

Świadek: Aśka (koleżanka):

- Nie byłam bardzo pijana. Emel odprowadził mnie do domu i mówił, że oczywiście wraca do baru. Po drodze śpiewaliśmy na głos różnorakie standardy Dżemu i Lady Panków. Nie mam jednak pojęcia, która wtedy mogła być godzina.

Ktoś chciałby uzupełnić zeznania?

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Świątyzm

Tak jakoś zeszło. Po trochu dlatego, iż zastrajkował mi w mieszkaniu kradziony internet, a w pracy to weny nigdy nie ma. Po trochu zaś nie było za bardzo o czym pisać, a jeszcze bardziej - nie miałem na to czasu (od biedy byłoby o czym napisać).

Tryb mojego życia ustabilizował się. Pierwsze budzenie 6.15, drugie budzenie 6.25, włączenie mikrofalówki 6.26, ubieranie do 6.28, konsumpcja płatków z podgrzanym mlekiem do 6.34, czesanie, mycie zębów i ewentualnie ścielenie łóżka do 6.37, następnie ubieranie butów płaszcza i arafatki, 6.39 - przekręcenie klucza w zamku i wyjście z mieszkania, 6.53 - dojście na przystanek, 6.54 - nadjeżdża mój tramwaj.

Potem praca i studia, potem powrót do domu - w zależności od dnia pomiędzy 19 a 22. Potem trzeba rozpakować plecak, przygotować sobie kolację, wstawić do kuchenki talerz mleka na jutro oraz ugotować obiad na następny dzień (najczęściej: gotowany ryż i pół słoiczka dżemu; czas przygotowania i pozmywania: 20min). Trzeba się też spakować: przygotowany obiad oraz butelkę wody mineralnej z lidla, zeszyt z notatkami do magisterki do poczytania w tramwaju (nigdy nie czytam w tramwaju), szczotka do włosów, zeszyty i notatki na zajęcia. Potem jeszcze prysznic (6-8 min.) i można odpalić muzykę i poogrywać ją na basie. Ostatnio reggae wypiera bluesa. Zauroczyła mnie Pozytywna Grupa Reggae, polecam.

Cały ten przedświąteczny zgiełk jest jakby poza mną. Zakupy, tandetne iluminacje i ciekawe jak bloki z PRL-u Last Christmas-y to przejawy świąteczności, a może nawet świątyzmu, na które czasem mogę się niechcący natknąć. Nie wiem, może jak już dotrę spóźniony na Wigilię, to patrząc na leżące na talerzu ości po przepysznym karpiu bezłuskim, poczuję Tę Atmosferę. Póki co jestem od tego zdystansowany, albo i daleki.

Zresztą Święta to chyba bardziej 26 grudnia i spotkanie z najbliższymi w knajpie, niźli 2 dni wcześniej przy świątecznym stole. A dodatkowo 26 grudnia - wiadomo - koniec abstynencji. To będzie jak ponowna strata dziewictwa, jeśli można mi użyć takiego porównania. Te ponad 4 miesiące to kurewsko dużo. Zastanawiałem się wczoraj, czy w ogóle pamiętam, jak smakuje piwo. Takie gazowane, przyjemne i odrobinę gorzkie, albo lekko słodkawe, albo trochę jedno i drugie? Hm.

czwartek, 26 listopada 2009

Sentyment

Po pięknie przepracowanym dniu wysiadłem z tramwaju pod Czterema Śpiącymi. Zanurzyłem się w opary smrodu, tanich pączków i skrzedawców skarpet. Dwóch z nich konwersowało na temat nowej ustawy hazardowej, a ten z sowitszym osadem nikotyny na wąsach rzekł:

- Zbychu będzie musiał to zamknąć i nie będzie już go tutaj. A takeśmy mogli sobie u niego posiedzieć na bandycie, ciepło tam miał i można było pić legalnie. Raz mnie naet fajką poczęstował.. A pamiętasz, jakżeś tu dwie stówy wygrał?
- Cztery dniśmy pily...
- I z akcyzy forsa szła? Szła! I Zbychu im płacił? Płacił! A teraz chuja będą mieli, bo Zbychu już jedną maszynę sprzedał na Białoruś. Dzisiaj Ruskie były i to zabierały. Jak go pakowali to upuścili i sie wysypała cała kasa, rozumisz, cała kase! I wtedy zobaczyłem - Jezusie Święty, ileśmy w to wpakowali!! Ileśmy wina mogli wypić... A on tak jakby nie chciał tam do Ruskich jechać.
- A bo co, to mu źle z nami było? Dobrze mu tu było, dobrze mu tu było z nami.


A potem jeszze zakupy w Kerfurze. Takie ze słuchawkami na uszach i na szybko. Płatki, ryż, pomidory, masło, delicje. Może by jeszcze czipsy jakieś oszamał... I nagle - sam nie wiedząc kiedy - znalazłem się w alejce pełnej piwa.

Przypomniało mi się, jak to niegdyś na takich zakupach przestawałem przed tą półką po 20 minut nie mogąc się zdecydować, czy wybrać czteropak Lecha w puszcze, czy zgarnąć Tyskie w butelce, czy nie skusić się na choćby jednego - droższego, ale wartego cwojej ceny - pszenicznego Faustusa... A teraz przeszedłem tylko, patrząc nie bez sentymentu, ale też bez jakichś większych emocji, wzdłuż owej ulicy. To było takie samo uczucie, jak przechodzenie pod oknem dziewczyny, z którą za gówniarskich czasów się całowałem za pomocą ust i rąk. Miłe wspomnienie, choć na końcu neuroprzekaźników ciężko już nawet odnaleźć smak jej błyszczyku czy zapach tanich perfum, ale tylko wspomnienie. Spoglądasz do góry, ale w tamtym oknie nie ma już fioletowych zasłon. Na sekundę pogrążasz się z zadumie, z której wytrąca cię sms od bieżącej ukochanej. Bieżesz głęboki oddech, zawracasz, skręcasz w prawo - zapomniałeś o serku homogenizowanym.

Właśnie minęło 100 dni odkąd ostatni raz miałem w ustach alkohol.

czwartek, 19 listopada 2009

Nierząd fachowców

Nie mogę się powstrzymać od krótkiego komentarza politycznego.

Oto słyszę, że w przypadku spełnienia się tuskowej ambicji zostania prezydentem, na czas do kolejnych wyborów parlamentarnych władzę w Polsce przejmie tzw. „rząd fachowców”. Słyszeliśmy to pojęcie nieraz. Mówiło się już o nim, gdy Miller odszedł dostrzegłszy Belkę we własnym rządzie i wynosząc tą Belkę do rangi premiera. Gazety pisały a telewizory paplały – „rząd fachowców”, „technokraci”. Do dnia dzisiejszego sporo już upłynęło posłów w Sejmie, a jedynym nad wyraz trwałym i powszechnie zapamiętanym efektem prac owego „rządu fachowców” jest, a jakże – podatek.

Mechanizm powstawania podatków jest prosty. Posłowie i muszą przecież brylować, więc wynajdują problemy „społeczne”, a potem… Hm, potem to nie wiadomo co się dzieje, bo faktycznych problemów jak nie było, tak nie ma. Widocznym efektem działań okazuje się tylko brylujący w telewizorze poseł, o obliczu jasnym i upoconym obywatelską dumą i drogimi alkoholami. Z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku prawi o fachowości i zdecydowaniu w działaniu. Tylko kilka dni później, w zatłoczonym tramwaju, otwierając gazetę czytasz, że ktoś – o zgrozo! – śmiał podnieść podatki. Tak więc sobie myślę, że ja wcale żadnego „rządu fachowców” nie chcę. Tym bardziej, że na jego czele stanąć by miał albo księgowy Rostowski, albo ubek Boni. W medialnej nomenklaturze - typowi fachowcy.

A swoją drogą, jako człek prosty, acz rozmiłowany w elementarnej logice – jednego nie pojmuję. Jakimże to cudem któryś z ministrów obecnego rządu miałby utworzyć „rząd fachowców”? Wszak pełnią czołowe funkcje w obecnym rządzie, którego nikt przecież o fachowość nie posądza.

wtorek, 17 listopada 2009

Propozycje nie-do-odrzucenia, część 1.

Wklejam tylko maila, którego dostałem na początku lipca. Jak można było w wakacje zaobserwować - propozycję odrzuciłem, bo miałem wojnę z Poprawkami.



Członkowie Konsorcjum ________ przedstawiają kolejny odcinek wysysania SS-owego narybku na potrzeby szeroko-pojętego rozwoju Afryki (a dokładnie Południowego Sudanu).

Potrzebujemy aktualnie chwilowo kogoś kto stworzy drużynę piłkarską - projekt pod hasłem "od trampków do finału ligi mistrzów".

Przyda się ktoś, kto po pierwsze się interesuje piłą, po drugie zna ogólne zasady, jakieś formalności, może troche przepisów, a jak nie zna - to może chce poznać? Musi znać angielski i mieć prawko. Musi mieć też chęć.

Drużyna musi powstać (od ZERA!) i śmigać w pełnym tempie w ciągu 3 miesięcy, więc nic innego jak fajny pomysł na wakacje.

dodam, że ktoś taki potrzebny od wczoraj :-) może pakować swoje korki i jechać na lotnisko od razu.

Pokrywamy koszt przelotu, wyzywienia, zakwaterowania, szczepien, ubezpieczenie, kieszonkowe i wszystkie materiały niezbedne do zrealizowania projektu, jak również wsparcie ekspertów (czyli nas).

A - jak dla mnie to świetny wpis do CV dla kogoś, kto chciałby się zajmować zarządzaniem w sporcie.

na wszystkie pytania odpowiem na PRIVIE.


Dodam jeszcze, że znam osobę, która mi to zaproponowała. Innymi słowy - nie były to żadne jaja.

piątek, 13 listopada 2009

Dzień Niepodległości

Znowu - podobnie jak w Święto Zmarłych - dzień wolny stał się wyzutym z treści dniem biby. W knajpach na Inżynierskiej nie można było wetknąć komarzej pyty. Udało się za to wbić do Po Drugiej Stronie Lustra na Ząbkowskiej, gdzie opanowaliśmy 4-osobowy stolik w 2x tyle ludziów. Wielka była moja chęć na browar, wielka. A takich tłumów na mieście jak 10 listopada jeszcze w Warszawie nie widziałem.

Solennie obiecałem, to piszę. Jest chyba dobrze, bo mam pracę i nie wyrzucili mnie z żadnych studiów. Dodatkowo wysępiłem naklejkę na legitymację cwanym sposobem, mianowicie wchodząc do Dziekanatu minutę przed końcem pracy tegoż, kiedy nikomu już nie chciało się sprawdzać moich papierów i na tzw. odpierdol-się dali mi upragnioną naklejkę. Do końca marca mam zniżkę. A co to za praca i z jakich propozycji zrezygnowałem, napiszę innym razem.

Co poza tym?

Na Bródnie jesień nieśmiało siłuje się z zimą. Nocami - kiedy mgły, oraz porankami - kiedy przymrozki - górą zdaje się być ta druga. Popołudnia i wieczory należą jednak do jesieni. Zresztą - czy to ważne, czy wypierdoliłeś się na oszronioym brzegu kałuży czy na gnijącym liściu?

niedziela, 1 listopada 2009

Święto Zmarłych

Warszawę opanowała przygnębiająca moda na Halloween. W ten sobotni wieczór wystarczyło wejść do dowolnego tramwaju, żeby napotkać młodych ludzi z dziwnie pomalowanymi oczami. „23” na Konopackiej, „9” na Gocławku, „13” pod Czterema Śpiącymi z kałaszami (oni akurat idealnie wpasowują się w klimat takoż Halloween, jak i Święta Zmarłych. Ciekawe, kto co roku zapala im znicze i przynosi kwiaty…?) – wszędzie młodzież pełna imprezowego uśmiechu, diabelskich przebrań, świeczek, dyń i siatek z wódką i zapojką. Najwyraźniej wszyscy uznali, że Święto Zmarłych jest zaściankowe i ciemnogrodzkie, a poza tym kojarzy się z „Dziadami” Mickiewicza. A więc – dziadki na „Dziady”, smęty na smentarze, a my młodzi do tramwajów i – sru, na imprezę. Popić, potańczyć, poczilować się, potem jeszcze wszamać kebaba, wcisnąć się do nocnego, zmyć obleśny makijaż i spać.

Nocny się rozpędził, i na Rondzie Żaba – zamiast w objazd na Św. Wincentego – ominął zgrabnie barierki wjechał tradycyjnie w Odrowąża. Gdzieś w okolicach Staniewickiej brodaty kierowca zdał sobie sprawę, że dalej się nie przebije, bo wszystko poblokowane. Sprzedawcy zniczy i chryzantem opanowali wszystkie chodniki, pobocza, całą jezdnię w stronę Wysockiego a nawet pas zieleni. Zatrzymał ikarusa-przegubowca i odwrócił się w stronę pasażerów bezradnie rozkładając ręce:

-Ktoś mi powie jak ja mam tutaj jechać? Wszystko zablokowane, ja tu pierwszy raz jadę bo tamten autobus się zepsuł i ja tutaj na zastępstwo. Szlag by to… Ja tu nigdy nie byłem, a tu jest cmentarz i zmiana ruchu. Ale nic mi nie powiedzieli…

Rzeczywiście, wyglądał jakby go ktoś ze snu wyrwał i rzucił obdarty ze skóropodobnego tworzywa fotel kierowcy i wypchnął na nieznaną trasę, nim ten zdążył zdrapać śpiochy z powiek. Przetłuszczona broda przdawała mu imidżu kierowcy praskiego autobusu nocnego.

-Pan się nie martwi, pan jedzie w Staniewicką, w lewo. Ja pokażę, poprowadzę. – pocieszyłem, bo stałem najbliżej - Ominiemy to.

Dojechaliśmy do tajemniczej stacji KOPAL na rogu Staniewickiej i Pożarowej (znacie jakąś inną stację benzynową, na której nie ma ŻADNEGO alkoholu??) i wróciliśmy do Odrowąża.

-Dalej nie pomogę, bo nie wiem jaka ma być trasa. Szerokości życzę. – pożegnałem się z kierowcą.
-A teraz musi pan w prawo, wrócić do Żaby i w Wincentego pojechać. Tam jest objazd, ja w Internecie dzisiaj sprawdzałam. – dodała stojąco blisko blondynka. – Ja tam mam przystanek i ja wiem.

Brudny kierunkowskaz mrugnął niezgrabnie i „N14”-stka odjechała.

A ja poszedłem pokręcić się pośród czatujących sprzedawców zniczy i chryzantem. Porozkładali się już w nocy, pilnując miejsc na 1-listopadowy utarg. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że w wigilię Święta Zmarłych okolice cmentarzy przeistaczają się w miejsca magiczne, pełne kwiatów i lampionów.

Wzdłuż całej ściany Cmentarza Bródnowskiego od ul. Odrowąża, a także od Budowlanej stały porozkładane – pomimo trzeciej nad ranem – stragany. Niektórzy czuwali przysypiając w starodawnych polonezach, inni słuchali radia i grzali się przy rozpalonych zniczach, jeszcze inni – kryli się w porozkładanych namiotach wojskowych. Cały ten kordon jednak żył. Ktoś się budził w polonezie i podnosił nieznacznie brew, gdy wchodziłem w jego rewir. Ktoś niby przypadkiem wysiadał i szukał czegoś w bagażniku, ktoś pił kawę. Na rogu Wysockiego i Budowlanej czterech panów od chryzantem i kwiatów doniczkowych – najwyraźniej znudzonych oczekiwaniem na handel i przeniknięci zimnem – sprawnie rozprawiali się z wódeczką z gwinta. Wokół panował nastrój wczesnokapitalistycznego, swojskiego i siermiężnego bazaru z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Walka o miejsce, pilnowanie straganu, termosy, kawa, wódeczka, polonezy i duże fiaty(!), tanie kurtki puchowe i niezłomny duch „brania rzeczy w swoje ręce”. A to wszystko na tle ceglastego muru Cmentarza Bródnowskiego, ciepła rozpalonych zniczy i morza żółtych i purpurowych kwiatów.

Z zasłyszanych rozmów wyłowiłem, że ten rok powinien być lepszy, bo więcej ludzi umierało, rzekomo z powodu kryzysu.

piątek, 30 października 2009

Trójkąt

Wszyscy pojechali na groby. Sam zostałem.

Choć planowałem to od dawna, to – jak to często się zdarza – wszystko wyszło spontanicznie. A więc – ja sam i one dwie. Pierwsza – znam ją od bardzo dawna. Wiele razem przeszliśmy – byliśmy razem na niedobre i dobre. Drobna i czasem niepozorna, ale ciągle zachwyca – zresztą teraz nawet bardziej. Bezsprzecznie ma w sobie to coś, te kształty, ten czar, ta kokieteria... Jest dla mnie jak Wadowice dla JP2– od Niej wszystko co poważne w moim życiu się zaczęło. Rok temu się rozstaliśmy – myślałem, że na zawsze – ale niedawno odnowiliśmy znajomość.

I druga – to raczej przygodna znajomość, ale… kto wie. To etap fascynacji. Jest wyższa i smuklejsza. W ogóle jest inna – pod każdym względem. Bardziej dostojna, subtelna i mniej gadatliwa. Czasem cudownie się zamyśla i milczy, by po chwili odezwać się jednym – ciepłym i aksamitnym, ale jednocześnie mocnym – słowem. Zna swoją wartość i wie, że nie musi niczego nikomu udowadniać. Często samą swoją obecnością dziko krzyczy "weź mnie", choć w rzeczywistości milczy. Jeszcze nigdy się nie oparłem.

Nie miały nic przeciwko sobie, nie okazywały sobie zazdrości, przeciwnie – przepięknie się dopełniały, jedna zawsze wiedziała, czego chce ta druga.. W tle leciały wspaniałe, znane i nieznane bluesy, a ja zapamiętale oddawałem się instynktom i emocjom. Dotykałem je obie, na zmianę brałem je w ramiona i zsuwałem po ich iskrzących szyjach – w górę i w dół. Dłonie aż parzyły od łapczywych doznań, brakowało powietrza i rąk. Trwało to całą noc – zmieniały się tylko konstelacje i pozycje, tła i odgłosy oraz minuty na zegarze. Na stojąco, na siedząco, na łóżku, na krześle, na podłodze, przy filmikach z Internetu i bez, na ostro i i z uczuciem, głośno i cicho, all night long. To nie były osobne numerki, one wszystkie zlały się w jedną całość. Niezmiennie zaś wszystko topiło się w ciepłym, pomarańczowym półcieniu solnej lampy i luster. W tle nie mogli usnąć i frustrowali się sąsiedzi.

Co za wieczór, co za noc. Ja jeden i one dwie. Gitara klasyczna i gitara basowa.

niedziela, 25 października 2009

Polska Walka Tysiąclecia

To była Polska Walka Tysiąclecia. Podczas Wielkiej Gali Boksu skrzyżowali rękawice dwaj bezsprzecznie najbardziej znani i doświadczeni pięściarze z kraju pomiędzy Wisłą a Bugiem. Walka zgromadziła przed telewizorami rekordową i wyjątkowo pewną siebie widownię, jako że już przed pierwszym gongiem oczywistym było, że tym razem wygra… Polak.

Ileż było przed pojedynkiem pytań i górnolotnych proroctw, ileż typów i rzeczowych analiz, ileż wypowiedzi celebrytów. O szansach obydwóch fighterów wypowiedzieli się m. in. Grzegorz Schetyna, Krzysztof Cugowski, Daniel Olbrychski, Dariusz Michalczewski, a nawet sama Doda. Jedni niezdarnie silili się śmieszną puentę, drudzy zauważali, trzeci wskazywali, czwarci pragnęli zaakcentować, a jeszcze inni – powołując się na wyjątkowość sytuacji i zażyłą przyjaźń z obydwoma bokserami – wzbraniali się przed wytypowaniem zwycięzcy.

O Andrzeju Gołocie napisano już wszystko. Przeanalizowano wszystkie jego porażki od tych prehistorycznych z Bowe`m po te bardziej współczesne i błyskawiczne zarazem. Zastrzeżono nawet w kontrakcie, że tym razem nie dostanie żadnego zastrzyku tuż przed walką. Jego szans upatrywano przede wszystkim w warunkach fizycznych oraz otrzaskaniu w wadze ciężkiej. Poza tym wskazywano powszechnie na fakt, iż był znacznie młodszy od przeciwnika. Ten z kolei – choć zdecydowanie bardziej utytułowany, to jednak o jakieś 15 kg lżejszy. No i starszy.

Po trzech rundach było już po wszystkim. Oto ciągle uwielbiany Gołota dał się po amatorsku obić debiutującemu w królewskiej kategorii przeciwnikowi. Kupę kasy zarobili ci, którzy trafnie przewidzieli, iż tym razem mieszkający w Chicago bokser nie wyląduje na deskach w ciągu pierwszych 15 sekund. Dotrwał do 37 sekundy, ale – policzony do 8 – wstał i walczył dalej. W drugiej rundzie odnowiła mu się kontuzja łokcia sprzed 20 lat a w trzeciej – po ciekawej kombinacji ciosów przeciwnika – sędzia postanowił przerwać pojedynek.

Porażka wiecznego loosera z Włocławka jest, mimo wszystko, sensacją. Boks to dyscyplina, w której zdarzały się sytuacje, że z powodu nad- lub niedowagi rzędu 0,5 kg nie dochodziła do skutku zakontraktowana już walka. Tymczasem Kulej właśnie debiutował w wadze ciężkiej, był o głowę niższy i okrągłe 15 kg lżejszy, a mimo to okrutnie obił Gołotę. No, może przesadzam z tym „okrutnie”, bo pomimo iż walka zakończyła się mocno przed czasem, to jednak retransmisji w „Teleekspresie” tym razem nie będzie.

Po walce Gołota przez 48 godzin nie opuszczał szatni. Potem, pomiędzy tylnym wyjściem z hotelu a drzwiami czarnej limuzyny rzucił tylko „nie wiem co się stało” oraz „nie wiem czy będę jeszcze boksował, muszę to przemyśleć”. Z kolei dziennikarze już spekulują, iż Don King – pomimo porażki – zamierza dać mu dziewiątą szansę walki o tytuł.

Tymczasem zwycięski Jerzy Kulej z satysfakcją udzielał kolejnych wywiadów. Stwierdził, iż nie był zaskoczony, że Gołota nie padł na deski w ciągu pierwszych 15 sekund, bo „to ciągle uznana firma w boksie”, że powrót do ringu po 40 latach wywołał u niego dreszczyk adrenalinki na plecach oraz że oczekuje, iż w ciągu roku dostanie szansę walki o tytuł z którymś z braci Kliczków. Ponadto zapewnił polskich telewidzów, iż ta walka – podobnie zresztą jak start w wyborach z listy Samoobrony - wcale go nie zmieniła i zamierza pozostać skromnym komentatorem polskich gali bokserskich.