niedziela, 1 listopada 2009

Święto Zmarłych

Warszawę opanowała przygnębiająca moda na Halloween. W ten sobotni wieczór wystarczyło wejść do dowolnego tramwaju, żeby napotkać młodych ludzi z dziwnie pomalowanymi oczami. „23” na Konopackiej, „9” na Gocławku, „13” pod Czterema Śpiącymi z kałaszami (oni akurat idealnie wpasowują się w klimat takoż Halloween, jak i Święta Zmarłych. Ciekawe, kto co roku zapala im znicze i przynosi kwiaty…?) – wszędzie młodzież pełna imprezowego uśmiechu, diabelskich przebrań, świeczek, dyń i siatek z wódką i zapojką. Najwyraźniej wszyscy uznali, że Święto Zmarłych jest zaściankowe i ciemnogrodzkie, a poza tym kojarzy się z „Dziadami” Mickiewicza. A więc – dziadki na „Dziady”, smęty na smentarze, a my młodzi do tramwajów i – sru, na imprezę. Popić, potańczyć, poczilować się, potem jeszcze wszamać kebaba, wcisnąć się do nocnego, zmyć obleśny makijaż i spać.

Nocny się rozpędził, i na Rondzie Żaba – zamiast w objazd na Św. Wincentego – ominął zgrabnie barierki wjechał tradycyjnie w Odrowąża. Gdzieś w okolicach Staniewickiej brodaty kierowca zdał sobie sprawę, że dalej się nie przebije, bo wszystko poblokowane. Sprzedawcy zniczy i chryzantem opanowali wszystkie chodniki, pobocza, całą jezdnię w stronę Wysockiego a nawet pas zieleni. Zatrzymał ikarusa-przegubowca i odwrócił się w stronę pasażerów bezradnie rozkładając ręce:

-Ktoś mi powie jak ja mam tutaj jechać? Wszystko zablokowane, ja tu pierwszy raz jadę bo tamten autobus się zepsuł i ja tutaj na zastępstwo. Szlag by to… Ja tu nigdy nie byłem, a tu jest cmentarz i zmiana ruchu. Ale nic mi nie powiedzieli…

Rzeczywiście, wyglądał jakby go ktoś ze snu wyrwał i rzucił obdarty ze skóropodobnego tworzywa fotel kierowcy i wypchnął na nieznaną trasę, nim ten zdążył zdrapać śpiochy z powiek. Przetłuszczona broda przdawała mu imidżu kierowcy praskiego autobusu nocnego.

-Pan się nie martwi, pan jedzie w Staniewicką, w lewo. Ja pokażę, poprowadzę. – pocieszyłem, bo stałem najbliżej - Ominiemy to.

Dojechaliśmy do tajemniczej stacji KOPAL na rogu Staniewickiej i Pożarowej (znacie jakąś inną stację benzynową, na której nie ma ŻADNEGO alkoholu??) i wróciliśmy do Odrowąża.

-Dalej nie pomogę, bo nie wiem jaka ma być trasa. Szerokości życzę. – pożegnałem się z kierowcą.
-A teraz musi pan w prawo, wrócić do Żaby i w Wincentego pojechać. Tam jest objazd, ja w Internecie dzisiaj sprawdzałam. – dodała stojąco blisko blondynka. – Ja tam mam przystanek i ja wiem.

Brudny kierunkowskaz mrugnął niezgrabnie i „N14”-stka odjechała.

A ja poszedłem pokręcić się pośród czatujących sprzedawców zniczy i chryzantem. Porozkładali się już w nocy, pilnując miejsc na 1-listopadowy utarg. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że w wigilię Święta Zmarłych okolice cmentarzy przeistaczają się w miejsca magiczne, pełne kwiatów i lampionów.

Wzdłuż całej ściany Cmentarza Bródnowskiego od ul. Odrowąża, a także od Budowlanej stały porozkładane – pomimo trzeciej nad ranem – stragany. Niektórzy czuwali przysypiając w starodawnych polonezach, inni słuchali radia i grzali się przy rozpalonych zniczach, jeszcze inni – kryli się w porozkładanych namiotach wojskowych. Cały ten kordon jednak żył. Ktoś się budził w polonezie i podnosił nieznacznie brew, gdy wchodziłem w jego rewir. Ktoś niby przypadkiem wysiadał i szukał czegoś w bagażniku, ktoś pił kawę. Na rogu Wysockiego i Budowlanej czterech panów od chryzantem i kwiatów doniczkowych – najwyraźniej znudzonych oczekiwaniem na handel i przeniknięci zimnem – sprawnie rozprawiali się z wódeczką z gwinta. Wokół panował nastrój wczesnokapitalistycznego, swojskiego i siermiężnego bazaru z wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Walka o miejsce, pilnowanie straganu, termosy, kawa, wódeczka, polonezy i duże fiaty(!), tanie kurtki puchowe i niezłomny duch „brania rzeczy w swoje ręce”. A to wszystko na tle ceglastego muru Cmentarza Bródnowskiego, ciepła rozpalonych zniczy i morza żółtych i purpurowych kwiatów.

Z zasłyszanych rozmów wyłowiłem, że ten rok powinien być lepszy, bo więcej ludzi umierało, rzekomo z powodu kryzysu.

piątek, 30 października 2009

Trójkąt

Wszyscy pojechali na groby. Sam zostałem.

Choć planowałem to od dawna, to – jak to często się zdarza – wszystko wyszło spontanicznie. A więc – ja sam i one dwie. Pierwsza – znam ją od bardzo dawna. Wiele razem przeszliśmy – byliśmy razem na niedobre i dobre. Drobna i czasem niepozorna, ale ciągle zachwyca – zresztą teraz nawet bardziej. Bezsprzecznie ma w sobie to coś, te kształty, ten czar, ta kokieteria... Jest dla mnie jak Wadowice dla JP2– od Niej wszystko co poważne w moim życiu się zaczęło. Rok temu się rozstaliśmy – myślałem, że na zawsze – ale niedawno odnowiliśmy znajomość.

I druga – to raczej przygodna znajomość, ale… kto wie. To etap fascynacji. Jest wyższa i smuklejsza. W ogóle jest inna – pod każdym względem. Bardziej dostojna, subtelna i mniej gadatliwa. Czasem cudownie się zamyśla i milczy, by po chwili odezwać się jednym – ciepłym i aksamitnym, ale jednocześnie mocnym – słowem. Zna swoją wartość i wie, że nie musi niczego nikomu udowadniać. Często samą swoją obecnością dziko krzyczy "weź mnie", choć w rzeczywistości milczy. Jeszcze nigdy się nie oparłem.

Nie miały nic przeciwko sobie, nie okazywały sobie zazdrości, przeciwnie – przepięknie się dopełniały, jedna zawsze wiedziała, czego chce ta druga.. W tle leciały wspaniałe, znane i nieznane bluesy, a ja zapamiętale oddawałem się instynktom i emocjom. Dotykałem je obie, na zmianę brałem je w ramiona i zsuwałem po ich iskrzących szyjach – w górę i w dół. Dłonie aż parzyły od łapczywych doznań, brakowało powietrza i rąk. Trwało to całą noc – zmieniały się tylko konstelacje i pozycje, tła i odgłosy oraz minuty na zegarze. Na stojąco, na siedząco, na łóżku, na krześle, na podłodze, przy filmikach z Internetu i bez, na ostro i i z uczuciem, głośno i cicho, all night long. To nie były osobne numerki, one wszystkie zlały się w jedną całość. Niezmiennie zaś wszystko topiło się w ciepłym, pomarańczowym półcieniu solnej lampy i luster. W tle nie mogli usnąć i frustrowali się sąsiedzi.

Co za wieczór, co za noc. Ja jeden i one dwie. Gitara klasyczna i gitara basowa.

niedziela, 25 października 2009

Polska Walka Tysiąclecia

To była Polska Walka Tysiąclecia. Podczas Wielkiej Gali Boksu skrzyżowali rękawice dwaj bezsprzecznie najbardziej znani i doświadczeni pięściarze z kraju pomiędzy Wisłą a Bugiem. Walka zgromadziła przed telewizorami rekordową i wyjątkowo pewną siebie widownię, jako że już przed pierwszym gongiem oczywistym było, że tym razem wygra… Polak.

Ileż było przed pojedynkiem pytań i górnolotnych proroctw, ileż typów i rzeczowych analiz, ileż wypowiedzi celebrytów. O szansach obydwóch fighterów wypowiedzieli się m. in. Grzegorz Schetyna, Krzysztof Cugowski, Daniel Olbrychski, Dariusz Michalczewski, a nawet sama Doda. Jedni niezdarnie silili się śmieszną puentę, drudzy zauważali, trzeci wskazywali, czwarci pragnęli zaakcentować, a jeszcze inni – powołując się na wyjątkowość sytuacji i zażyłą przyjaźń z obydwoma bokserami – wzbraniali się przed wytypowaniem zwycięzcy.

O Andrzeju Gołocie napisano już wszystko. Przeanalizowano wszystkie jego porażki od tych prehistorycznych z Bowe`m po te bardziej współczesne i błyskawiczne zarazem. Zastrzeżono nawet w kontrakcie, że tym razem nie dostanie żadnego zastrzyku tuż przed walką. Jego szans upatrywano przede wszystkim w warunkach fizycznych oraz otrzaskaniu w wadze ciężkiej. Poza tym wskazywano powszechnie na fakt, iż był znacznie młodszy od przeciwnika. Ten z kolei – choć zdecydowanie bardziej utytułowany, to jednak o jakieś 15 kg lżejszy. No i starszy.

Po trzech rundach było już po wszystkim. Oto ciągle uwielbiany Gołota dał się po amatorsku obić debiutującemu w królewskiej kategorii przeciwnikowi. Kupę kasy zarobili ci, którzy trafnie przewidzieli, iż tym razem mieszkający w Chicago bokser nie wyląduje na deskach w ciągu pierwszych 15 sekund. Dotrwał do 37 sekundy, ale – policzony do 8 – wstał i walczył dalej. W drugiej rundzie odnowiła mu się kontuzja łokcia sprzed 20 lat a w trzeciej – po ciekawej kombinacji ciosów przeciwnika – sędzia postanowił przerwać pojedynek.

Porażka wiecznego loosera z Włocławka jest, mimo wszystko, sensacją. Boks to dyscyplina, w której zdarzały się sytuacje, że z powodu nad- lub niedowagi rzędu 0,5 kg nie dochodziła do skutku zakontraktowana już walka. Tymczasem Kulej właśnie debiutował w wadze ciężkiej, był o głowę niższy i okrągłe 15 kg lżejszy, a mimo to okrutnie obił Gołotę. No, może przesadzam z tym „okrutnie”, bo pomimo iż walka zakończyła się mocno przed czasem, to jednak retransmisji w „Teleekspresie” tym razem nie będzie.

Po walce Gołota przez 48 godzin nie opuszczał szatni. Potem, pomiędzy tylnym wyjściem z hotelu a drzwiami czarnej limuzyny rzucił tylko „nie wiem co się stało” oraz „nie wiem czy będę jeszcze boksował, muszę to przemyśleć”. Z kolei dziennikarze już spekulują, iż Don King – pomimo porażki – zamierza dać mu dziewiątą szansę walki o tytuł.

Tymczasem zwycięski Jerzy Kulej z satysfakcją udzielał kolejnych wywiadów. Stwierdził, iż nie był zaskoczony, że Gołota nie padł na deski w ciągu pierwszych 15 sekund, bo „to ciągle uznana firma w boksie”, że powrót do ringu po 40 latach wywołał u niego dreszczyk adrenalinki na plecach oraz że oczekuje, iż w ciągu roku dostanie szansę walki o tytuł z którymś z braci Kliczków. Ponadto zapewnił polskich telewidzów, iż ta walka – podobnie zresztą jak start w wyborach z listy Samoobrony - wcale go nie zmieniła i zamierza pozostać skromnym komentatorem polskich gali bokserskich.

piątek, 23 października 2009

"Śmiejcie się z tego, co was otacza..."

Był warszawiakiem, to pewne. Nie wiem, czy mieszkał na Pradze, wiem natomiast, że Jego cyniczno-rozsądne podejście do smutnej rzeczywistości politycznej przyozdabionej kilka razy do roku biało-czerwonymi flagami i dumnej martyrologią pełne było celnego dowcipu i odpowiedniego dystansu - cech tak charakterystycznych dla mieszkańców Warszawy Prawobrzeżnej. Odszedł wspaniały felietonista, Mistrz Pogodnego Cynizmu i Vice-Mistrz Ciętej Riposty. Oto Jego historia, spisana i opublikowana rok temu przez Niego samego - ś.p. red. Macieja Rybińskiego. Trzymaj fason w Niebie, Mistrzu!


Moja prawdziwa historia

To mój najuczciwszy życiorys, zawierający najważniejsze informacje. Można by jeszcze dodać, że niektórzy mi z tego powodu współczują, a inni współczują sobie. Zwykły los i na tym mógłbym poprzestać, gdyby nie świadomość, że czasy są takie, iż życiorysy należy koniecznie podawać w kontekście historycznym. Na tle epoki, z uwzględnieniem tak zwanych uwarunkowań.

Urodziłem się 1 marca 1945 roku w Warszawie. Mojemu przyjściu na świat towarzyszyły trzy wydarzenia - ostatni nalot Luftwaffe na stolicę, pierwsza wiosenna burza z piorunami oraz wysadzanie przez saperów zatoru lodowego, spiętrzonego na szczątkach mostu Poniatowskiego. To tłumaczy moje dalsze perypetie życiowe, a jak twierdzi żona, także charakter. Natomiast charakter narodowy wszystkich Polaków jest powodem, dla którego ojciec chrzestny podał fałszywą datę urodzenia i w metryce mam 5 zamiast 1.

Jedna data czy druga, nie zmienia faktu, że urodzenie, historycznie rzecz biorąc, zawdzięczam wyzwolicielskiej Armii Czerwonej oraz ogłoszonemu parę miesięcy wcześniej Manifestowi Lubelskiemu. Gdyby nie manifest, przyznający ziemię chłopom, a fabryki robotnikom, wahałbym się, czy przychodzić na świat tak niedoskonale urządzony. Pierwsze miesiące życia spędziłem w nieświadomości o troskliwej opiece, jaką roztoczył nade mną, przyszłością narodu, rząd PKWN z Osóbką-Morawskim na czele. Jak powiedział pewien sowiecki oficer rodzicom - u nas ojciec jeden - Stalin, a u was dwóch - Asubka i Morawskij.

Potem pieczę nade mną, stawiającym pierwsze kroki, przejęły połączone w Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą siły postępu, z Bolesławem Bierutem na czele. Tę czułą opiekę wspominam do dziś ze łzami. Nigdy nie zapomnę wzruszenia, jakie mnie ogarnęło na widok towarzysza Bieruta wśród kwiatów, głaszczącego po główkach dzieci w marynarskich ubrankach na wielkim zdjęciu w DDT (wcześniej i dziś bracia Jabłkowscy). Jak ja zazdrościłem tym głaskanym. Do dziś mam kupionego wtedy zezowatego misia, wyprodukowanego dzięki dalekowzrocznym ustaleniom Planu 6-letniego. Nie zapominam także, że zwycięskiemu referendum "3 razy tak" zawdzięczam, że nie wzrastałem w cieniu senatu i że mogłem, dzięki granicy na Odrze i Nysie, pojechać na kolonie do Międzyzdrojów.

Partii zawdzięczam pójście do szkoły podstawowej. Ze zgrozą myślę o tym, że mogłem się urodzić w którymś z krajów szalejącego wyzysku i zamiast do szkoły, skierowano by mnie do pasania gęsi. A ponieważ nie mam słuchu, nie mógłbym pocieszać się fujarką.

Szkołę średnią i studia - zwłaszcza społeczno-polityczne w marcu 1968 - zawdzięczam Gomułce. Pierwsze sukcesy zawodowe w studenckim tygodniku "ITD" zawdzięczam Gierkowi i jego ekipie, ze szczególnym uwzględnieniem urzędu cenzury. Moje małżeństwo, które szczęśliwie przetrwało do dziś, to oczywisty rezultat polityki wsparcia, udzielanego przez partię młodym małżeństwom.

Sam nie rozumiem, jak doznawszy tylu dobrodziejstw, mogłem wdać się w konszachty z wrogami ustroju i dążyć do obalenia go siłą. Przypuszczam, że winę ponoszą fałszywe lektury z dzieciństwa. Kiedy moi rówieśnicy czytali "Jak hartowała się stal" i słuchali pogadanek o Dzierżyńskim w czerwonym harcerstwie, ja w domowej biblioteczce burżuazyjnych przodków czytałem "Pisma wszystkie" Piłsudskiego i przedwojenne "Wiadomości Literackie". To musiało mi zaszkodzić i rozumiem teraz wzburzenie elit niektórymi dziś wydawanymi publikacjami, szkodliwymi dla młodzieży.

Mimo to dobra władza traktowała mnie życzliwie. 13 grudnia 1981 roku generał Jaruzelski zadbał, żebym został osobiście poinformowany o stanie wojennym, przysyłając mi do domu 2 cywilnych i jednego mundurowego. Tak robią ludzie honoru.

Parę miesięcy później, uświadomiwszy sobie, że wszystko zawdzięczam partii i nie chcąc jej zawdzięczać jeszcze zejścia śmiertelnego, wyjechałem na emigrację. Ludzie, to był koszmar. Trafiłem do Niemiec i Wielkiej Brytanii, a tam żaden rząd, żadna partia się mną nie interesowała. Mieli mnie w nosie. Królowa ani razu nie zapytała, jak się czuję. Kanclerz Kohl nie złożył nigdy deklaracji, że zadba o moje szczęście. W atmosferze obojętności wytrzymałem lat 16. Wróciłem do Polski za Buzka i zaraz poczułem się lepiej. Czy to Buzek, czy Miller (czy to horror, czy thriller), Kaczyński czy Tusk, wszyscy nic innego nie robią, tylko zamartwiają się, jak poprawić mi byt. Nie odczuwam już deficytu miłości władzy i jeśli nie sięgam po tę wyciągniętą ku mnie rękę, obiecującą, że mnie poprowadzi ku drugiej Irlandii, to tylko dlatego, że się oduczyłem na Zachodzie. Pewnie się już nie przyuczę. Jestem stracony dla ekip rządzących. Jestem niewdzięczny.

Takie to było moje życie. Sukcesy miałem mizerne - małżeństwo z Krysią, córka Ola, scenariusz serialu "Alternatywy 4", kilka książek, nagroda Kisiela. Nie wiem, dlaczego uznano mnie za dżentelmena, i do tego wpływowego. Przecież tak naprawdę nikt nie ma na mnie wpływu.




Więcej felietonów Mistrza znajdziecie tutaj.

środa, 21 października 2009

Chiński kebab czyli just day off

Nie chciało mi się, kurwa, nie chciało. Jak tylko zwlekłem się z łóżka to już wiedziałem, że mi się nie chce. Pojechałem tam jednak i przemęczyłem się dwie godziny, smarkając i kichając na prawo i lewo.
-Nie jesteś aż tak bardzo chory, wszystkim jest zresztą źle w taką pogodę, bo za oknem jak widzisz chujnia, więc wszyscy mają alergię i przeziębienie. Poza tym wwykorzystałeś wszystkie przerwy przez dwie godziny, to teraz trzeba trochę popracować, co nie? No, posiedź jeszcze trochę, ze dwie godzinki chociaż.

Ubrałem swetr, płaszcz i trzasnąłem drzwiami.

Przesiadka na Rondzie Starzyńskiego w takie zasmarkane południe nie dostarczyła ciekawych obserwacji. Nie można było zasłyszeć choćby jednej filozoficznej mądrości lokalnego pijaczka sączącego od rana królewskie, nikt też nie zbierał niedopałków ani nie wygrzebywał puszek po piwie ze śmietników. Nawet obskurna, różowa budka z chińskim kebabem (!!!), w której byłem niegdyś świadkiem straszliwej awantury o 10 groszy, była pusta.

A to bardzo dziwne. Wszak mają tam najlepszego chińskiego kebaba na Pradze oraz - co ważniejsze - taki staromodny i nieekologiczny, ale za to kurewsko mocny grzejnik elektryczny na parapecie. Stanąłem obok niego czekając na mojego kebaba ("cieńcie ciaścio konieć, guba mocie bić?"), wyciągnąłem z kieszeni zmarznięte ręce i zbliżyłem je do grzejnika. Poczułem się jak mały, stary, brzydki i bezradny żul.

A po chwili jadłem już kebaba ze ścinków wędlin wszelakich, a w tle właśnie odjeżdżała komuś jedynka, pojechałem więc następną. Po drodze odwołałem jeszcze umówione spotkanie i podjąłem decyzję o nieuczestnictwie w popołudniowych zajęciach na Uniwerku, po czym zdjąłem buty i swetr i natychmiast wskoczyłem na wyjątkowo niepościelone łóżko.

Mam dziś wolne i nie ma mnie dla świata. Just day off.

piątek, 16 października 2009

Herbata i naleśniki

Wróciłem - dość zmęczony. Najpierw szkolenie z kłamania, potem zajęcia na Uniwerku. Seminarium odpuściłem, bo było zimno i nie wyobrażałem sobie, żebym mógł jeszcze gdziekolwiek wyjść.

Postanowiłem zorganizować sobie herbatę. Wtedy skonstatowałem, że nowonabyty czajnik ostatecznie się zepsuł. Co, głupi, kitajski kawałek plastiku ma być mądrzejszy ode mnie? Nigdy! Wyzwanie pochłonęło bite dwie godziny (nie zdążyłem wszamać choćby kanapki - po całym dniu niejedzenia!), z metr taśmy izolacyjnej oraz trochę plastikowych i drewnianych śmieci, ale czajnik działa. Herbata jest.

Do herbaty wymyśliłem sobie naleśniki. Taki obrazek stanął mi przed oczami: za oknem plucha i mróz, a ja w ciepłej i jasnooświetlonej kuchni pałaszuję naleśniki i popijam herbatą. Cóż bowiem może być cieplejszego niż gorąca herbata z cytryną i naleśniki z dżemem jabłkowym i cynamonem spożyte w relaksującym towarzystwie poczciwej samotnościna tle szalejącego za oknem mrozu?

Wyczyściłem konto, zostało mi w kieszeni 700 - ale groszy. Jutro wyruszam na Wschód. Podczas gdy inni będą leczyć popiątkowego kaca, ja będę stał przy krajowej 17, będzie wiał przeszywający wiatr, a samochody, jeden za drugim, będą mnie beznamiętnie mijać. Ale to dopiero jutro. Dziś są naleśniki z dżemem jabłkowym i cynamonem, gorąca herbata z cytryną i pomarańczowy półmrok lampy solnej w pokoju pełnym bluesa i poezji śpiewanej.



***

Królik Tehacjusz został wywieziony za Wisłę do większościowej udziałowczyni. Dobrze się stało, bo po ostatnim zatargu z Damianem, kiedy przed dwoma tygodniami z premedytacją ugryzł go w piętę, w pokoju panowała gęsta atmosfera. Wiadomo - obydwaj (królik i Damian) ambitni, żaden jako pierwszy nie wyciągnął ręki na zgodę.

środa, 14 października 2009

Sensacja! Zima znowu zaskoczyła drogowców!

Rowki między płytkami chodnikowymi nowej generacji napełniały się błyskawicznie śnieżnym błotem, zaskoczone obuwie warszawiaków – nieprzyjemną wilgocią a ostatnie krzaki dzikich konopi pokryłwały się białym puchem niczym świerki na okoliczność Bożego Narodzenia.

Pośród tego ogólnego błota i zimna przeciskały się mozolnie w stronę Ronda Starzyńskiego autobusy linii 500 i 527. Szare autobusy pełne szarych ludzi w szarych kurtkach i szarych dłoni szarych kierowców wytrzeszczających oczy poza magiczną barierę szarej szyby.

Tak, stało się.

Zgodnie ze staropolską tradycją - sięgającą XVI wieku, a konkretniej Najjaśniejszego Zygmunta II Augusta i ustanowionej przez Niego floty kaperskiej – zima zaskoczyła drogowców. Co prawda nie nazywali się oni wówczas „konserwatorami płaskich powierzchni asfaltowych” ani nawet „drogowcami” ani, tylko „morzowcami”. Podobnie jednak jak ci przedostatni nadziali się na sjurpriza zesłanego przez Matkę Naturę w postaci przejebanego śniegu i mrozu. Podczas gdy oni ćwiczyli się w konsumpcji trójniaka pod przytulną strzechą jakiejś gdańskiej karczmy, w tle zamarzał Bałtyk. Współczesne wydarzeniom kroniki milczą na temat ewentualnego odwołania szefa Departamentu Odśnieżania Bałtyku.

niedziela, 11 października 2009

Z pamiętnika alkoholika: Misjonarz

Rehab, dzień 57

Trudno w to uwierzyć, ale właśnie minęło 8 okrągłych tygodni wymiennych na 56 dni po 24 godziny każdy odkąd wypiłem jakikolwiek alkohol. W tym tygodniu pękną 2 miesiące, a ja nie dobiłem nawet do półmetka okresu abstynencji.

W gruncie rzeczy niepicie jest zajęciem interesującym. Pierwszy tydzień to mozolna nauka wymawiania nie w żartach, tylko na poważnie sakramentalnego "nie piję" wobec kolegów. Jakże to? Rozumiem, że piwa nie, ale wódeczke ciachniesz, co? No, jednego tylko! Być może jeszcz trudniejszym momentem podczas pierwszego tygodnia jest - ta nieuchronnie się pojawi - okazja. Wyjątkowa. Taka, w której wręcz się nie da nie pić. Wesele, urodziny przyjaciela czy choćby wprowadzenie się nowego lokatora. Powiedzieć wtedy "nie" znaczy tyle co spojrzeć sobie głęboko w oczy.

Następne 2-3 tygodnie, kiedy umiesz już mówić o swoim niepiciu a przyjaciele oraz dotychczasowi kompani od kufla już przezwyciężyli zdziwienie i zaczynają brać na poważnie twoją abstynencję, przychodzi czas na naukę życia bez alkoholu. Ot, mecz. Środa, gra Liga Mistrzów. I jakkolwiek ciężko ci to przechodzi przez gardło, to zamawiasz do meczu colę, tonik albo herbatę. Czasem jeszcze drugą, czasem trzecią. Pewnym ułatwieniem jest fakt, że teraz na mecze wychodzisz sam. Kumple mają nagle o niebo więcej roboty i jakoś częściej muszą po godzinach zostawać w fabrykach.

Potem się uspokaja. Tygodnie 5-8 są normalne. Umiesz już odmawiać i opowiadać otwarcie o twoim niepiciu, nie boisz się okazji (oblewanie magistra Amelii nie było pokusą, choć - nie powiem - poczułem przez koszulę delikatne ukłucie nostalgiczej tęsknoty i żalu za błogim upojeniem leżajskami i wściekłymi...), wiesz, że mecz można obejrzeć (a koncert wysłuchać) bez piwa, a pół wieczoru po męsku przegadać przy herbacie, a nie wódzie.

Gdzieś w siódmym albo ósmym tygodniu zaczynasz dostrzegać, że wszyscy wokół piją dużo. Że nawet ci, którzy kiedyś pili mało - niektórzy nawet mniej niż ty - teraz piją dużo i jakoś często się upijają. Znajdujesz radość we własnej abstynencji, widzisz, że jesteś ponad tym i czujesz, że to fajnie.

I tu pojawia się myśl: skoro ty możesz - to inni też by przecież mogli. Czemu nikt nie spróbuje? Z czystej ciekawości - jak to jest być silnym. Żeby sprawdzić siebie. Żeby wątroba się zregenerowała. Ale nie, nikogo nie zachęcasz, bo wyszedłbyś na kogo byś wyszedł? Na jakiegoś pierdolonego misjonarza z opętańczą wizją? Na idiotę albo i chama, porywającego się na bezmyślny spokój nieskażonego niczym poza postmodernizmem pokolenia?

Myślisz też, że być może nigdy w życiu nie weźmiesz już alkoholu do ust. W każdym razie wiesz, że jeśli tylko zechcesz, to możesz.

wtorek, 6 października 2009

Życiowy popis Kota-Performera

Nie wszyscy znają tą historię, więc - z braku ciekawych spostrzeżeń - urozmaicę nią Nocny Pociąg.

Było tak. Poszliśmy z Mateo obejrzeć jakiś meczyk gdzieś na Krakowskie Przedmieście, potem whaczyliśmy jeszcze na tradycyjne sto gram i śledzika do Przekąsek-Zakąsek, po czym ostatnia czwórka przerzuciła nas na Starą Pragę i w nową dobę. Nastrój wymiany zwierzeń, myśli i idei udzielił nam się na tyle, że postanowiliśmy jeszcze podjechać do BP na Rondo Żaba po browar.

Browar.

I poszliśmy - z tym browarem, rzecz jasna - na tory. Tuż za działkami, które zaczynają się przy owym rondzie można odnaleźć między drzewami przejście na tory, które idą nad rondem. Jest to miejsce, gdzie krzyżuje się kilka tras kolejowych, toteż plątanina torów jest znacząca, a powierzchnia, na której owa plątanina się odbywa - rozległa, porośnięta krzewami i przede wszystkim - mocno nieoświetlona. Reasumując - pod spodem ruchliwe rondo, zgiełk i światła, tuż nad tym wszystkim - ciemna enklawa ciszy; idealne miejsce na spożycie tego ostatniego.

-Zimno mi. Usiadłbym na czymś. - pomyślał, a może nawet powiedział Mateo. Nim jednak znalazł coś, co mógłby podłożyć pod swoją dupę, żeby odgrodzić ją od kłującego zimna szyny kolejowej. I znalazł szmatę albo karton, ale na szczęście nie wziął tego do ręki. Kobieca intuicja? Możliwe, bo było ciemno jak w kloace Afroamerykanki; Księżyc ewidentnie nie dawał rady tego wieczoru. Domniemana szmata albo karton - pod blaskiem naszych słabych komórek - ozazała się połówką kota, z wystającymi z pyszczka efektowną feerią bebechów. Tuż obok, bliziutko (ale jednak - tragicznie zbyt daleko), po drugiej stronie szyny - spoczywało drugie pół owego kota.

-To się nazywa mieć pecha. - rzekłem i zamilkłem, rozmyślając o momencie, w którym koło lokomotywy (najpewniej wielkiej, sześcioosiowej ET-22) wbiło się z impetem w ciepłe i gładkie jeszcze futerko kotka. Czy ktokolwiek stojący wówczas w korku na rondzie lub czytający gazetę w przetaczającym się tramwau zdawał sobie sprawę z tego, jaka tragedia rozgrywała się nad ich głowami? Czy poczuli irracjonalny dreszczyki niepokoju? Czy niebo zaszło chmurami?

Tymczasem Mateo w tragicznej śmierci kota dopatrzył się nowoczesnego performance`u.
-Patrz, jaki performance. Pół kota, gładka szyna, pół kota. Ale numer odpierdolił.
-Kot-Performer? - zapytałem, i tak już zostało.

Epilog był taki, że po dwóch dniach pojechaliśmy tam z Zygfrydem zdobić pamiątkowe zdjęcie z tak awangardowym artystą. Tymczasem on zniknął. Nie ostała się żadna z połówek Kota-Performera.

-Performance trwa - napisałem w smsie do siedzącego w robocie Mateo.

***

A na mieszkaniu małe zawirowanie. Lesbijek już nie ma. Ich miejsce zajęły Sandra i Karolina. Przez telefon sprawiały dość smętne wrażenie, ale szybko się rozkręciły. Żartują, głaskają królika i nie zamykają drzwi. Obydwie hetero.

To nie koniec wzmocnień, gdyż nabyliśmy jeszcze kuchenkę mikrofalową, czajnik elektryczny, młotek, śrubokręt i jeszcze kilka gadżetów ze Sklepu Koła Fortuny. Wisienką zaś na torcie jest antena do kradzenia bezprzewodowego internetu, którą zainstalowaliśmy - a jakże - w kiblu.

Więc w razie czego pamiętać: to nad kiblem to nie spłuczka.

czwartek, 1 października 2009

Chujowo ale jednakowo

To w sumie powinna być odpowiedź pod jednym z komentarzy, ale refleksje są natury na tyle ogólnej, że nadają się na autonomiczną notkę.

Otóż to - Redaktorze Zuchu! Faktycznie, skurwiałe życie oraz ludzie w nim się zamieszkujący stanowią znacznie tresciwszą pożywkę do pisania notek niźli abstrakcyjny stan absolutnego blissfulu czy też nudnej nirwany. Ale czemu?

Polska mentalnosć? Prawda, że lubimy wiedzieć, jak to innym chujowo idzie, jakie to życie (co prawda to już doskonale wiemy) jest do dupy, jak to każdemu brakuje hajsu i perspektyw. Lubimy narzekać, krzywe miny robić i czekać, aż nas zaczną pocieszać albo usprawiedliwiać nasze porażki zwalaniem winy na mniej lub bardziej konktetnych "ich" i dostarczaćz samego życia wziętych przykładów, że u innych (i u nich samych przede wszystkim) lepiej nie jest. Czyli jak w wojsku - chujowo ale jednakowo.

A może to kwestia konwencji, podejscia indywidualnego. Miałem kiedys przyjaciółkę, która pisała wiersze, ale tylko radosne. Bo jak było źle, to jej się nic nie chciało, a pisać to już wogóle. U mnie jest chyba odwrotnie.

Choć obiektywnie - to i nie bardzo byłoby o czym pozytywnie pisać. Ale obiecuję i ogłaszam to Urbi et Orbi, iż najbliższy sukces głosno obtrąbię na niniejszym blogu. Choćby był nudny i nieciekawy.

Póki co walczę o komisa w drugiej instancji. Za każdą postawioną na mój sukces złotówkę buki płacą od 9 do 12.

środa, 30 września 2009

Rockowisko 2009

Tej imprezy nie można przegapić! 3 i 4 października podczas organizowanego po raz czwarty przez Fundację AVE i Białołęcki Ośrodek Kultury międzynarodowego festiwalu garażowych zespołów rockowych „Dobra strona rocka” spotkają się młodzi rockami z kraju i zagranicy!

Sobota: Sala Gimnastyczna w Gimnazjum nr 121 od godziny 9 rano
(http://gim121wawa.edupage.org/map/?)

Niedziela: Sala Teatralna Białołęckiego Ośrodka Kultury, ul Van Gogha 1,od godziny 10 rano

Więcej na www.rockfestival.waw.pl

Patronat medialny: NocnyPociąg.blogspot.com

poniedziałek, 28 września 2009

Choszczówka

Mówisz Warszawa. Myślisz - blokowiska, korki, pośpiech, szczury. Mówisz - weekend, myślisz - ucieczka, Mazury, Zakopane, rodzina na kaszubskiej bądź lubelskiej wsi, świeże zsiadłe mleko, zieleń drzew i złoto spadających liści, niepamięć.

Ale właśnie nie. Nie sądzisz, że zagrzebałeś się w schematach? Patrz. Wsiadasz w 176 albo pociąg Kolei Mazowieckich i wyjeżdżasz na Choszczówkę albo Płudy. To jakieś 30 minut jazdy od Warszawy Toruńskiej, w sam raz, aby posłuchać w empetrójku porannej sobotniej audycji. Więc wysiadasz na Choszczówce. Ciągle Warszawa, ale już inna. Oczom twoim ukazuje się las. Nie las krzyży, tylko taki zwyczajny. Sosnowy. On jest w niedalekim tle, ale zanim tam dojdziesz, mijasz jeszcze pojedyncze oazy klasycznej Warszawy. Ładne wille i ogrody i stojące przed nimi czarne toyoty avensis. Idziesz wąziutką, zupełnie niewarszawską uliczką bez chodnika ani pobocza, nazwaną nazwiskiem Józefa Mehoffera, znanego młodopolskiego grafika pochodzącego z podkarpackich Ropczyc. I wchodzisz do lasu.

I już zaraz, za pierwszymi drzewami czujesz różnicę. Nabożnie ściągasz słuchawki z uszu, żeby wszystkimi zmysłami doświadczać tego niespodziewanego lasu. Myślisz - kurwa, jak w prawdziwym lesie. Są szyszki, dzięcioły i muchomory. Kropi, ale co z tego. Jeżyny. Jakie wielkie. O, grzybiarze przyszli. Zazdrościsz, bo oni mają pełne reklamówki kurek, a ty masz tylko trzy, i jednego nadgryzionego przez ślimaka podgrzybka. Cóż, może powinieneś zmienić kontaktówki? A może nie, bo nagle znajdujesz przepysznego prawdziwka?

I tak spacerujesz czilałtując się, wietrzysz pachy, włosy oraz umysł, nieprzyjemnie nasiąknięte Śródmieściem niczym olejem wielokrotnie użytym do smażenia tanich frytek. Gubisz się jeszcze parę razy lesie, wychodzisz nagle na ogródki działkowe i dzikie wysypiska, i znów zanurzasz się w lesie z deszczem. Nagle - coś.

Powoli odwracasz głowę.

Jakieś 10 metrów od ciebie widzisz stado saren.

poniedziałek, 21 września 2009

Ne pozitiva situazione

Hiszpania - słońce, morze, bary, drinki (przy basenie), nocne życie, palmy, soki ze świeżych pomarańczy, obfita hiszpańska prasa sportowa, mańana...

A przepraszam. Najpierw - jak to w narracji przystoi - tło powinno być. A więc -czegośtam nie zdałem, popadłem w koszty i długi więc postanowiłem się odkuć miesięcznymi saksami gdzieś na południu Hiszpanii. Zarobić, pospłacać wszystko, kupić pare drobiazgów i jeszcze pomieć pare groszy na koncie - tak dla spokojności, na czarną bądź niespodziewaną godzinę. Numer znalazłem w poniedziałkowej "Gazecie". Zadzwoniłem. Pełna profesjonalka, facet pytał mnie o pozwolenia, przedstawił robotę jako pracę w firmie, która pracuje dla miasta, dzwonił do agencji mieszkaniowych żeby wynająć mi mieszkanie, obiecał oddać za bilet, pytał czy jeszcze jacyś znajomi nie chcą przylecieć bo im ludzi brakuje bo właśnie duży kontrakt dostali. Przed wylotem zdążyłem jeszcze tylko złożyć podanie o komis i obiecać przywieźć rumu na znowu przełożone imieniny.

W nocy przed wylotem nie spałem wogóle, żeby nie zaspać, gdyż na Okęciu miałem być koło 5.30. Wsiadłem w nocny, przekroczyłem most na Wiśle, przesiadłem się na Centralnym, na Okęciu musiałem wyskoczyć z paska i butów w ramach rutynowej kontroli antyterrorystycznej. Ukradkiem przeżegnałem się wchodząc na pokład samolotu, zapiąłem pasy i już, take-off.

Na lotnisku w Maladze czekałem bite osiem godzin. Bezskutecznie. Mój jedyny kontakt - owa feralna komórka - milczała lub też mnie odrzucała.

Szukanie jakiejkolwiek innej roboty to beznadziejne walenie głową w mur.

Pieniądze przeznaczone na czynsz za mieszkanie na warszawskim Bródnie zainwestowałem w bilet. Wierzyłem, że spokojnie spłacę właściciela, rodziców i uczelnię, że kupię piecyk do gitary akustycznej czy choćby kilka porządniejszych ciuchów, że wreszcie będzie spokój. Tymczasem - jak wyszło tak nie wyszło. Kolejne długi, a zamiast kupić piecyk, będę musiał sprzedać gitarę. Tą jedyną, ukochaną, czerwoną.

Czym, kurwa, tym razem zawiniłem?! Czym? Pytam się, kurwa, czym??

Jeśli to ma być nauka, to chuj z taką nauką. Jeśli droga, to pierdolę, nie jadę. Jeśli ukryta kamera, to ubiję jak psa, przysięgam.

Jeśli szkoła życia, to wyrzekam się takiego życia.


środa, 16 września 2009

Miron Białoszewski

Dziś rano obudziło mnie słońce
Zamordowałbym to słońce
Dziś rano
Już wtorek, już wtorek

Mur, mur, z czerwonej cegły
Jasnoczerwony w tym porannym słońcu

Mur, mur, z czerwonej cegły
Dwie panie z czarnymi pieskami
I pan z pudlem
I trzy niedopałki

Dziś rano obudziło mnie słońce
Zamordowałbym to słońce
Dziś rano

Siedzę, chodzę, wyglądam
Czy ktoś przyjdzie?
Może nikt nie przyjdzie
Lepiej żeby nikt nie przyszedł

Dziś rano obudziło mnie słońce
Zamordowałbym to słońce
Dziś rano
Czwartek, już czwartek

piątek, 11 września 2009

Wrzesień

Nadszedł wrzesień, przynosząc pierwsze znaki jesieni, ale nie były to wykopki, pieczone ziemniaki i dym ognisk. Przyniósł poprawki, porażki reprezentacji i flagi na rocznicę wybuchu wojny. Z drzew spadają powoli liście, pod blokiem pojawił się już pierwszy jeż, tylko czekać aż bociany i ekipy budowlane odlecą do ciepłych krajów. Co, poleciały już boćki? Może, nie wyglądałem ostatnio za często przez okno.

Praskie ulice powoli się wyludniają. Dzieci i rozwydrzona młodzież zostali zapędzeni do szkolnych ławek i kibli. Bogaci i czyści dorośli kończą już wklejać na naszą-klasę fotki z wakacji w Egipcie, a normalni, źli mężowie przypadkowych żon z normalnych, nieudanych małżeństw przenoszą się z podblokowych ławek na stare kanapy i fotele vis a vis telewizora, zamieniwszy jednocześnie tanie nalewki i sikaśne browary na bardziej dosadne trunki.

Z początkiem września reaktywuje się schola, ale nawet nie wiem czy ja i moja gitara jesteśmy tam potrzebni, wszak nikt nie dzwoni. Za to przez wakacje jedna ze scholanek - dotychczas kwalifikowana przeze mnie jako dziecko - zmieniła fryzurę, wykobieciała i wyładniała znacznie. O ile schola nie dokona w obecnym mercado żadnych wzmocnień, to właśnie ona - 16-letnia, drobna blondynka z boskimi, złotymi lokami- będzie tam dupą numer jeden. Przedwczoraj słodko powiedziała mi cześć w autobusie 176, którego szyby mokre były od deszczu, albo i od łez.

Jak już rzekłem, mam komplet nowych lokatorów. Więcej wzmocnień w tym okienku transferowym nie będzie. Odejdzie tylko królik Tehacjusz, któremu kończy się okres wypożyczenia, a na transfer definitywny raczej nie ma szans. Pora zatem na małą prezentację. A więc zaczynamy:

-Damian. Na Pradze od 3 tygodni, wcześniej Kraków. Stolarz, DJ, imprezowicz, wariat. Poczucie humoru 6/10, po przejściach i apostazji. Ogólnie dobry transfer, choć pełnię jego możliwości doceię, gdy zacznę pić. Wiek: 23 lata, metroseksualista.

- Geo. Na Pradze od tygodnia, wcześniej Mokotów, jeszcze wcześniej Szczecin. Dość ładna brunetka z długimi, prostymi własami. Aktorka ze szkoły aktorskiej, będzie grała z Obuchowiczem. Czasem spokojna i zamknięta w sobie, czasem głośna i wulgarna w swoich przekleństwach. Charakterna dziewczyna albo rozpieszczony bachor, jeszcze nie wiem. Wiek: w październiku skończy 20, ortodoksyjna lesbijka.

-Aśka. Na pradze od tygodnia. Wesoła blondynka z obfitym niczym róg Almatei dekoltem. Studentka polonistyki i opiekunka dzieci. Wesołe, zaczepno-flirtujące poczucie humoru. Prywatnie partnerka Geo. Wiek: 25 lat, biseksualistka.

Gdy dziewczyny się wprowadziły mieszkanie nagle ożyło. Cała łazienka zapełniła się szamponami i odżywkami zapachów wszelakich, do pokoju nazwoziły tony gratów, a kuchnia ugina się od ilości sprzętów, kolorowych herbatek i panoszących się po stole lesbijskich pocałunków.

- My nie mieszkamy we dwie. Jets nas trójka w pokoju. - rzekła któregoś dnia Aśka
- Macie jakieś zwierzę? - zapytał Damian
- Pewnie chodzi o wibrator. - palnąłem
- Jeśliby liczyć wibratory, to będzie nas razem sześć... - odparła Aśka śmiejąc się głośno. - Poznajcie Elwira.

A Elwir to oczywiście jakaś maskotka czy tam kukiełka.

środa, 2 września 2009

Lokatorzy

Troszkę mniej czasu mam ostatnio na pisaninę, stąd rzadsze i krótsze wspisy. Nie jest jednak tak, że na Bródnie nagle zaczęło być nudnie, na Pradze spokojnie a na Wiatraku ładnie. Ulice wciąż kwiecą się letnim kolorytem a ja pozostaję uważnym, czułym obserwatorem, który z ojcowską tkliwością dostrzega i kontempluje Prawą Stronę Wisły. Brak czasu na pisanie nie jest przeszkodą - rejestruję spostrzeżenia i przeżycia w sercu i telefonie, a gdy nadejdzie czas, to retrospektywnie wszystko nadrobię.


Właśnie wróciłem z poprawki pewnego upierdliwego zaliczenia. Rozpoznaj i zinterpretuj trzy fragmenty. Zaliczenie - za poprawdne rozpoznanie i zinterpretowanie trzech. Bosko. A mi się jeden popierdolił. Co więc teraz? Dwa warunki już mam zagospodarowane, więc trzeba to wybronić, bo repety mój indeks nie przeżyje. Zacząłem od maila dziękczynno-błagalnego. Czy wystarczy?

Tymczasem krakałer Damian jako nowy współlokator sprawdza się bardzo dobrze. Przez dwa tygodnie żadnej kosy czy innego syfu, do tego dobre poczucie humoru i ogólnożyciowa zaradność (a także - dobry system nagłośnienia i trochę elektronicznych gadżetów, które wniósł jako wiano), co łącznie daje obraz mocno kumatej persony. Do tego na dzień dobry zawarł układ chuligański z królikiem Klaptonem, którego przechrzcił na TeHaCjusza, a to ze względu na upodobanie, jakie ten ostatni znajduje w konsumpcji konopnych liści.

Drugi pokój do wczoraj stał pusty. Dziś się wprowadzają.

Za cel stawialiśmy z Damianem opchnięcie tego pokoju dwójce fajnych dziewczyn. Ciężko to szło, po przyłaziły głównie nie dziewczyny, lecz pary, a nawet dwóch chłopaków raz się przyplątało. A jak już na oglądanie umawiały się dziewczyny, to albo okazywały się sakramencko brzydkie, albo rezygnowały i nie przyjeżdżały. Tymczasem?:

- Cześć. My w sprawie pokoju. Aktualne?- zapytał słodki głos
- Si, jak najbardziej. Słucham Ciebie pięknie.
- Mogłybyśmy obejrzeć jeszcze dziś?
- Jasne. Przystanek ten i ten, zadzwońcie jak będziecie blisko, to wyjdę.
- No to buźka. Hej.

Po minucie na przystanek wtoczyła się "jedynka". Wysiadła śliczna brunetka i niewiele mniej śliczna blondynka. Okazały się miećfajne poczucie humoru i sprawiłyna nas na tyle pozytywne wrażenie, iż właściwie wsyzstko było jasne. Po 15 minutach taką toczyliśmy już gadkę:

- No to co, deal? - zapytałem
- Deal. Kiedy możemy przywieźć rzeczy?

Owszem - dobrze podejrzewaliście - jest pewien haczyk.

[Rehab - dzień 17]
Jesienią zawsze zaczyna się szkoła
A w knajpach zaczyna się picie


Chuja, nie dla mnie.

sobota, 29 sierpnia 2009

Rehab - drugi tydzień

[Rehab - dzień 9]
Odwyk odtrunków mocnych i słabych przytępił wprawdzie, ale nie zniszczył pociągu do kobiet - tego nocnego i tych trudnych. Cisza przed burzą; ta wybuchnie po Złej Stronie Wisły dokładnie w 60 lat 1 dzień i 15 minut po zdradzieckich wystrzałach z pancernika Szlezwig-Holsztyn, po czym w ciągu godziny przełamienaturalną linię oporu na Wiśle i dotrze na Bródno.

[Rehab - dzień 13]

Dzisiaj miałem piękny sen
Naprawdę pięęęęęękny seeeen


Oto siedzimy w barze, a ja ze zdumieniem stwierdzam, że... piję piwo. A przecież miałem nie pić. Trudno, skoro już się zapomniałem i jestem w połowie drugiej szklanki, to ją oczywiście dokończe. I kończyłem - delektując się każdym łykiem, aby przyjemność nie uciekła, żeby trwała. Przepysznie smakował ten browar - był to pszeniczniak. I nagle zadzwonił listonosz i...

Wiatr moim oknem skrzypnął
Ja się obudziłem a pszeniczny browar zniknął


A dzisiaj zdałem sobie sprawę, że jeszcze cały wrzesień, październik, listopad i prawie cały grudzień.

środa, 26 sierpnia 2009

Stan oblężenia

Dwunasty raz tego wieczora brałem do ręki notatki - tylko po to, by po chwili odłożyć je pod byle pretekstem. Nie zrobiłem jednak tego. Usłyszałem coś niepokojącego, więc zamarłem w bezruchu i zacząłem nadsłuchiwać.

Brzmiało to początkowo jak latająca nieopodal mucha lub też komar, albo raczej jak odległy o 10 km korek na autostradzie. Szum jakiś taki. Po minucie intensywnego wsłuchiwania się monotonny dotychczas szum zaczął nabierać rytmicznego zabarwienia toczącego się po rdzewiejących torach ciężkiego pociągu. Szum, a właściwie już stukot, stawały się coraz mocniejsze. Zadrżały szyby. Królik Tehacjusz schował się pod łóżko.

Gdzieś na linii horyzontu, pomazanego na niebiesko i pomarańczowo, tuż ponad murem Cmentarza Bródnowskiego, dała się zauważyć delikatna łuna, doniośle podkreślana przez zachodzące słońce. Niewidzialny czarny marker zbliżył się do okna i zaczął zaznaczać na szybie kontury wykrzykników, a inny niewidzialny marker - czerwony - zabrał się do kolorowania ich wnętrza. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty, siódmy, ósmy, dziewiąty, dziesiąty, jedenasty, dwunasty, trzynasty, czternasty, piętnasty, szesnasty, siedemnasty, osiemnasty. Po chwili na moim oknie widniało dokładnie 18 czarno-czerwonych wykrzykników. Tymczasem natężenie hałasu osiągnęło poziom startującej rakiety.

Po chwili wykrzykniki odkleiły się od szyby, weszły do pokoju i ustawiły się przede mną w szeregu. Największy z nich dał znak, a pozostałe rozpoczęły mnie otaczać z dwóch flanek. Gdy to się dokonało, zaczęły zacieśniać krąg wokół mnie, a największy z nich wydobył wielki werbel i jął wybijać rytm. Głośniej i głośniej i głośniej i szybciej...

I nagle zza rogu Cmentarza - w rytm bębna - wyskoczyło 18 koni. Dosiadało je 18 jednopierśnych kobiet w strojach księżniczki Xeny i o twarzach tak dzikich, jakby wyjęto z nich kutasa na 20 sekund przed nadciągającym orgazmem. Pędziły wprost na mnie - dzikie i wrzeszczące, dziarsko wymachujące nad głowami mieczami i pochodniami.

Po niewidzialnym moście błyskawicznie zbliżały się do mojego balkonu.

Przez moment poczułem się jak mały Simba w wąwozie z hienami (od 2:11)



Rozdepczą, zabiją, zjedzą i pobiegną dalej. Łapię kurtkę i wybiegam na klatkę zatrzaskując drzwi...

STOP. Nie tak, źle. REW. PLAY. "...biją, zjedzą o pobieg..." STOP. REW. PLAY. "..mały Simba w wąw..." STOP. REW. PLAY. "... do mojego balkonu" O, teraz dobrze. REC+PLAY.

Przypomniał mi się "Król Lew". Ani przez moment nie poczułem się jak mały Simba wobec stada hien. Niczym Mufasa rzuciłem im się naprzeciw, wiedząc, że albo ja je, albo one mnie. Przypomniał mi się Cortes z garstką ludzi, u którego stóp legło całe antyczne imperium Montezumy, przypomniał mi się w końcu Pizarro, zdobywca Cuzco, stolicy Imperium Inki. Tymczasem wykrzykniki rozsiadły się wygodnie na moim łóżku i na podłodze tuż pod nim (uformowało się coś na kształt trybuny) i zadowolone odpaliły race. Zdążyłem jeszcze tylko wsadzić rękę w słoik wiśniowych konfitur od mamy i - maznąwszy palcami po twarzy - przydałem swoim rysom czerwonych pasów i bojowniczego wyglądu. Wrzasnąłem dziko i ruszyłem sam na nierówną walkę z potężną armią 18 wojowniczych, jednopierśnych Poprawek.

piątek, 21 sierpnia 2009

Koniec okresu klasycznego?

Trochę się boję tych wszystkich zmian, a szerzej - przyszłości i życia wogóle.

Kiedyś (właściwie to jeszcze niedawno) jak coś mówiłem, to tak było. Mówiłem, że kocham - to kochałem, "wierzę" - wierzyłem, będę o 21.00 - byłem (ok, wiem kurwa, że z kwadransem, ale przecież wszyscy o tym wiedzieli, to był rodzaj konwencji). Któregoś dnia powiedziałem "założę czasopismo" i pyk, po pół roku "Karpatka" ruszyła z hukiem pieczonego ciasta. A jak się uparłem na tą Barcelonę? Pół roku żmudnego łażenia i pisania podań, ale koniec końców pojechałem wydawać ostatnie eurocenty na kolejne wejściówki na Camp Nou. Byłem jak Bóg - moje słowo ciałem się stawało.

Mój strach nie polega na tym, że boję się mówić lub wierzyć, nie. Nie podejmuję się niczego, dla bezpieczeństwa własnej wiarygodności, a nawet i honoru. Ciągle mam pomysły, ale nie myślę o nich na serio. Albo inaczej - za dużo myślę, a nic nie robię. Ryzyka nie podejmuję. Po trochu dlatego, że się boję porażek, a po trochu - bo mi się nie chce.

Znowu jest pełno dziewczyn - ładnych, ciekawych i czarnookich. Ale nie staram się i nie będę się raczej starał - bo przecież skąd mam wogóle wiedzieć, czy tego chcę?

Nie znam siebie za dobrze. Dla mnie "ja" to taki dziwny, melancholijno-ekscentryczny i trochę nieprzewidywalny koleżka, który na codzień jest generalnie normalny, ale nigdy nie wiadomo do końca, co mu odpierdoli za 10 minut. W każdym razie są teraz dwie możliwości: albo gromadzę siły i wrócę niedługo jako Emel-Kowal-Własnego-Losu jakiego wszyscy znają, albo też zmądrzałem (czytaj: zestarzałem się). Oczywiście bliższa jest mi pierwsza koncepcja, ale to tylko subiektywne odczucia, marzenia wręcz. Tak do końca nie wiem czego chcę, więc nie wiem co będzie.

Czyżby kończył się w moim życiu okres klasyczny, a zaczynał szalejący romantyzm albo - co gorsze - modernizm, ze wszystkimi swoimi wewnętrznymi rozdarciami, lękami egzystencjalnymi, Weltschmerzami, dekadencjami i samobójstwami?

[Rehab - dzień 3]

Wchodzę do osiedlowego marketu na Grochowie, a tam kartka z napisem "wyprzedaż alkoholi". Litr Absolwenta za 32,99 zł. Jest chyba źle - wszędzie dostrzegam ten alkohol, przez co wkręcam sam sobie, że alkoholikiem jednak jestem. Kiedyś nie byłoby z tym problemu - bezrefleksyjnie kupiłbym tego litra i wrzuciłbym go do zamrażarki, a jako że w swojej chłopięcej beztrosce nawet nie pomyślałbym o tym, że mogę być alkoholikiem, to bym nim nie był. Powiedziałbym - nie jestem, od razu bym w to uwierzył, więc tak faktycznie by było. A teraz? Wszystko się pojebało wzięło.

[Rehab - dzień 4]

Jedziemy z Mateo obejrzeć mecz. Mówię mu, że dziś bez piwa z mojej strony. On się śmieje - "ok, ale rozumiem, że twój odwyk obejmuje tylko piwo, a pięćdziesiątkę ze mną dziabniesz?". Mówię, że nie, a on jest w szoku. Zamawiam wodę z cytryną. Kelnerka bez mrugnięcia okiem - "dużą czy małą?", dokładnie tym samym tonem jakim sekundę wcześniej spytała Mateo o rozmiar kufla. Oczywiście po meczu nie idziemy na tory na jeszcze jedno w nasze miejsce na torach przy Rondzie Żaba. Miejsce uświęcone krwią i bebechami Kota-Performera.

A teraz jeszcze scenka z ostatniej chwili. Wklepuję te słowa w kawiarence przy Czterech Śpiących. Właśnie tuż obok mnie jedna różowo-blondynkowa dziewczynka zawołała właściciela, mówiąc:
-Proszę pana, jest jakiś problem z tym komputerem. Ekran nie działa. I klawiatura.
-Hm, czy ja wspominałem, że komputer musi być włączony..?

wtorek, 18 sierpnia 2009

Prawdziwe zero procent

No i tak. Podczas weekendowej wizyty w domu rodzina przystąpiła do ostatecznej ofensywy we wkręcaniu mi fazy mojego rzekomego alkoholizmu. Pięknie sobie poskładali wszystkie moje problemyw logiczną całość, której wspólnym mianownikiem miałby być alkohol właśnie. Problemy na studiach to nie wynik nudnych zajęć i w konsekwencji braku ochoty do czytania teoretyczncyh pierdół. Mój nienajlepszy ostatnimi czasy humor to oczywiście wynik ciężkiej świadomości uwikłania się w nałóg. A dziewczyny mnie rzucają, bo za dużo piję.

No więc - ja, zawsze na przekór - mówię: ok, to zobaczymy. Do Bożego Narodzenia ani nic. Abstynencja 100%. Niejako w zamian mam otrzymać pożyczkę na czesne. Pożyczka oczywiście 0%.

...
...
...

Słowo się rzekło. Poniedziałek, dzień pierwszy - pełen luz. Powiedziałem o tym Zygfrydowi, a on - hm, obgadajmy to przy piwku. Wtorek, dzień drugi - przechodząc obok jednej knajpy widzę reklamę: "wściekły pies - dziś tylko 3 zł". Idę dalej. A w czwartek meczyki, pewnie wyskoczymy gdzieś z Mateo. Jak to jest obejrzeć mecz bez piwa?

A dziś wprowadza się do mnie Daniel. Z zawodu stolarz, pracuje na cmentarzu. Dobrze mieć takie znajomości. Tak w razie czego. (Wczoraj, oglądając lodówkę i zamrażarkę u mnie w kuchni, zapytał jaka jest moja ulubiona wódka.)

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Cztery i pół

-Zapalisz?

Podniosłem oczy do góry. Na tle nocnego nieba z ulicy Kijowskiej ujrzałem niskiego, około 160 cm wzrostu mężczyznę, który nade mną górował. Skończyłem wiązać buta i wstałem.

-Zapalisz? Marek jestem. - dodał, podając mi zapalarę. - Ta kurwa siódemka właśnie mi uciekła. Ostatnia!
-Chuj. Nocnym z Ząbkowskiej pojedziemy. - odparłem, głęboko się zaciągając szlugiem. - Też na Bródno walę. Emel tak wogóle.

-Nie palę, chyba, że piję. A dziś owszem, właśnie ósme skończyłem. Z pociągu wracam. Znad morza.
-Miałem cztry dwadzieścia, a w drugim cztery pięćdziesiąt. - odparł Marek. - Ze szpitla dopiero wyszedłem.
-Co?
-Nie wierzysz? Papier mam!
-Może i wierzę, ale nie rozumiem. Jakie cztery pięćdziesiąt?

Marek wyjął z tylnej kieszeni wytartych dzinsów pomiętą, ale złożoną na cztery kartkę i podał mi bez słowa. Rzut okiem na papier, rzut na niego. Znowu na papier i znowu na niego. Cztery i pół promila. Nie wyglądał. Był chudy, niski i wąsaty, ubrany średnio, ale nie na żula. Nie śmierdział, zarzygny nie był. Mógł mieć 50 lat.
-Nieźle... Musiałeś chyba z dobę pić.
-Nie wiem... Chłopaki na Czynszowej zawsze mieli dobrą wódkę. Tam się urodziłem. Na rogu Kowieńskiej i Szwedzkiej. Stara Praga. A na Brzekiej moja siostra mieszka. Poszedłem do niej, powiedziałem "Siostra, co ci powiem, piłem..." a ona, że wie bo śmierdzę. "Masz jakieś ciuchy, ogarnij się, umyj". Widzisz - dodał gładząc się po twarzy - ogolony nawet jestem. Nie widać po mnie.
-Klasa. Jedyne miejsce w Warszawie, gdzie jeszcze jest Warszawa. - odparłem, zresztą zgodnie z przekonaniami.
-A są tacy, co mówią, że po tej stronie Wisły nie ma Warszawy - uśmiechnął się gorzko, ale i z dumą Marek. Uśmiechnął się jak kompan do kompana.
-Bo to są idioci. Co robisz?
-Na rencie jestem. A wcześniej pięć lat w Dortmundzie i dwa w Emiratach pracowałem. Kablówkę kładłem. A tu w Warszawie autobusami jeździłem.
-Ja też kładę kablówkę! - wykrzyknąłem niemal. - w SatInstalNecie. Znasz?
-Znam. Dobrzy są, ale w Emriratach lepiej płacili. Mieszkanie kupiłem na Śródmieściu, koło Żelaznej. Ale oddałem żonie. Bo sam mieszkam teraz. A jak do niej zadzwoniłem przedwczoraj, to powiedziała, że nie ma o czym ze mną rozmawiać.
-Tak trudno być mężczyzną. - odparłem cytatem, wizualizując sobie jednocześnie przed oczami wszystkie sceny z filmu "Testosteron".

Skończyliśmy palić i podjechał nocny. Sporo małolatów, harmider, więc więcej już nie pogdaliśmy. Marek wysiadł na Kowieńskiej i poszedł w stronę obdartej kamienicy, w której się urodził.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Idą zmiany, część 1

Stało się. Deal został zawarty. Oni się wyprowadzają, a ja szukam współlokatorów bo chcę tu zostać. Mam do wynajęcia cały pokój z balkonem oraz pół pokoju ze mną.

Ktoś zainteresowany?

Dla zachęty dodam, że dziś pod moim blokiem rozmawiałem z autentycznym Afgańczykiem.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Pijacka impresja kolejowa

W przedziale pociągu drugiej klasy siedzi 8 osób, a jedna z nich pije piwo. Czy jest alkoholikiem?

Na korytarzu klasyczny tłok, ale wszyscy wokół mają w uszach białe słuchawki. Ktoś ogląda film na notebooku firmy Apple. O paradoksie! Słuchawki są czarne.

Ktoś siedzi i marzy o wierności nie wiadomo komu lub/i czemu. Przy kolejnym jednak piwie wierność przestaje być wartością i zaczynają się smsy. Natomiast za oknem jest wtedy las, a w przedziale kończy się piwo i jest kurewsko gorąco.

Laska z najmniejszym dekoltem w całym przedziale wychodzi, zostawiwszy uprzednio na siedzeniu książkę w wytartej, jasnobrązowej okładce. Biorę ją do ręki i okazało się, że kosztowała 360 zł, a na imię ma "Komu Bije Dzwon". Napisał ją Hemingway, a nie Kazik Staszewski.

Wówczas wziąłem do ręki komórkę i zaproponowałem spotkanie jedynej dziewczynie, przy której 12-sztuczna paczka prezerwatyw nie wystarczyła na weekend.

Ale piękne dekolty mają w upał laski w pociągach drugiej klasy!

Pociąg umie to coś. Potrafi wtłaczać w płuca zapach siana, gdy wystawi się łeb za okno. Motywuje to do odrobiny zadumy na utracony sielankowy styl życia, nad którym rozpływał się niegdyś Kochanowski.

I nawet wpychający się czasem w nozdrza obornik nie jest w stanie popsuć tej melancholii.

Słucham Manu Chao i utożsamiam się z podmiotem lirycznym piosenki "La Despedida". A chwilę później zamienia się w "Mentira", a korytarzem przeciska się laska w różowej bluzeczce i ociera mi się cyckami o lewy łokieć. Mijamy Zyczyn.

Manu utrzymuje, że wszystko jest kłamstwem i że dobrze jest ukryć się pod ciemnością. Tym razem o moje plecy ociera się cyckami konduktorka w mini.

Oczekuję na ostatnią falę
Oczekuję na ostatnią rolę
Pod księżyca łuną znów na plaży
Pod księżyca łuną znów na plaży


Gdzie zajdzie dziś, juto i zawsze?
Ponad księżycem


Laska z bardzo ładnym dekoltem obejmuje czule i za szyję kolesia w pomarańczowych spodenkach. Zazdroszczę jemu, zazdroszczę jej, im jestem bardziej pijany, tym bardziej samotny.

Pęd pociągu, letni wieczór letni. Kiedy drzewa zamieniają się w zielone, poziome paski, rozpoczynam poszukiwania kogoś z fajką.

I koniec podróży. Powiedziałem do najładniejszej i najmądrzejszej dziewczyny w całym pociągu:
- Jestem Emel. Miło Cię było poznać, Agato, ale obawiam się, że już się więcej nie zobaczymy. Trzy minuty później ustępowałem już komuś miejsca w tramwaju linii 25.

sobota, 1 sierpnia 2009

Toi-toiowa poezja budowlana

Cały tydzień haru haru
A w sobotę buch do baru
Kelnereczki świzdu gwizdu
I pieniążki poszły w pizdu